10 lutego 2016

Zjawa

Najznamienitszy, tegoroczny kandydat do Oscarów, zawitał z końcem stycznia na ekrany kin w Polsce. Mimo słodkich pieśni, przytaczanych przez wszelkiej maści recenzentów z całego świata, powstrzymałem się z pójściem do kina blisko tydzień. Ciągle coś mną targało, nie dawało spokoju i bałem się, że tak wychwalany obraz z jednymi z moich ulubionych gwiazd Hollywood, okaże się po prostu zwyczajny. W końcu jednak się złamałem i... no właśnie. Długo przyszło mi zebrać myśli, aby napisać tą recenzję.

Zjawa to dzieło meksykańskiego reżysera Alejandro Gonzáleza Iñárritu, które opowiada losy trapera Hugh Glassa (Leonardo DiCaprio), walczącego samotnie o życie. Już na wstępie dostajemy komplikację kilku wspomnień, opisujących przeszłość Glassa oraz jego indiańskiej żony i syna. Jak można się łatwo domyślić, do wesołych nie należy. Następnie zaczyna się właściwa akcja filmu. Ekspedycja łowców skór przygotowuje się do powrotu ze zdobyczą, kiedy na ich obóz napadają Indianie z okolicznych ziem. Większość wyprawy ginie, a garstka ocalałych ucieka na tratwie w dół rzeki. Glass oraz jego syn, namawiają kapitana wyprawy aby grupa opuściła łódź i ruszyła lądem do fortu, przez góry, gdyż na rzece czeka ich pewna śmierć z rąk Indian. Mimo stanowczego sprzeciwu konkurenta Glassa, w osobie Johna Fitzgeralda (Tom Hardy), grupa rusza przez las i tam Glass zostaje ciężko raniony w samotnej walce z niedźwiedziem. Na przekór losowi kurczowo trzyma się życia, jednak grupa ocalonych musi wybrać - uciekać przed Indianami z rannym towarzyszem, czy ratować własną skórę.


Powyższy fragment znamy ze zwiastunów, jednak do sławnej potyczki z niedźwiedziem dochodzi po niemal trzydziestu minutach, będących chyba najbardziej dynamicznym fragmentem filmu. No, nie licząc samego zakończenia. To co jest największą bolączką Zjawy to monotonia. Cały obraz trwa niemal dwie i pół godziny, przy czym spokojnie można byłoby wyciąć z niego pół godziny zdjęć pokazujących nam piękno przyrody. Przyznaję - sceny te zapierają dech w piersiach, ale na Boga Litościwego, nie poszedłem do kina na film dokumentalny. Niestety reżyser za bardzo zapędził się w prezentowaniu widzowi dzikiej natury, przez co akcja jest tak niemiłosiernie rozciągnięta, że miejscami zwyczajnie chce się ziewać, czekając na cokolwiek co podsyci tempo tej niekończącej się tułaczki.

Z drugiej strony należy oddać mu pokłon za sposób w jaki kręcono film. Wszelkie sceny nagrywano przy naturalnym świetle, czekano na odpowiednią pogodę, aktorzy byli ubrani w autentyczne rekonstrukcje strojów z tamtego okresu, widać było ich wielkie poświęcenie w nagrywaniu trudniejszych fizycznie scen, a sam DiCaprio, mimo że jest wegetarianinem, na potrzeby filmu jadł surowe mięso. W efekcie tych zabiegów dostaliśmy obraz przesączony realizmem, którego tak brak we współczesnej kinematografii. Na dodatkową pochwałę zasługuje charakteryzacja oraz sama animacja niedźwiedzia. Walka wygląda miejscami na lekko naciąganą, jednak ludzie potrafią przetrwać naprawdę najgorsze piekło, czego żywym dowodem są wszelkiej maści podróżnicy.


Niestety mankamentem Zjawy, jest zwyczajnie jej scenariusz. Nie wiem jak inni, ale mnie kompletnie nic nie zaskoczyło. Dostałem niemal kalkę tego co wyobraziłem sobie pierwszy raz oglądając zwiastun w Internecie. Z jednej strony prosta historia pasuje do tego rodzaju produkcji, z drugiej można było choć troszkę się postarać aby wpleść w nią nieco więcej dynamizmu i zwrotów akcji. To co najbardziej mnie zabolało to finał, który można było napisać o wiele ciekawiej. Aż sam się o to prosił, gdyż w pewnym momencie mamy połączenie głównego wątku Glassa z poboczną historią Jima Bridgera (Will Poulter), młodego trapera, który oszukany przez Fitzgeralda pozostawia Glassa na pewną śmierć, czego nie może sobie wybaczyć. Niestety pod koniec filmu jego wątek zostaje potraktowany po macoszemu i zwyczajnie urwany, czy też naprędce zakończony, tak jakby scenarzystom zabrakło pomysłu jak go umiejętnie dalej pociągnąć. Wielka szkoda.

Jednak to co chyba interesowało najbardziej wszystkich, to aktorski pojedynek pomiędzy DiCaprio a Hadry'm. Mimo wielu pochwał, stanowczo stwierdzam że Tom Hardy przyćmił całkowicie odtwórcę głównej roli, spychając go w niebyt. DiCaprio zagrał solidnie, jednak nie wyszedł poza swój standardowy warsztat. Zrównując jego rolę w Zjawie z innymi kreacjami z przeszłości, czuć, że tym razem zwyczajnie nie podołał wyzwaniu. Natomiast Tom Hardy włożył w swą postać wszystkie siły oraz cały swój talent co przekuło się na realistyczną i charyzmatyczną osobę antagonisty, udającego świętego dla własnych korzyści. Dlatego gdy pojawia się na ekranie, film tętni życiem, budząc widza z letargu, w jaki wprowadziły go przydługie sceny krajobrazów.


Zjawa to porządny film, który mógł być o niebo lepszy, gdyby nie scenariusz i przyrodnicze dłużyzny. Warto go obejrzeć choć raz dla Toma Hardy'ego oraz wspaniałych zdjęć jak i muzyki. Zresztą cała oprawa dźwiękowa stoi tutaj na bardzo wysokim poziomie. Za część techniczną film sumiennie powinien zgarnąć niemal wszystkie statuetki, jednak nie dałbym mu jej za główną nominację, czyli Film Roku. Jest wiele lepszych produkcji, niż długa, nudna i monotonna wędrówka czołgającego się trapera, który ucieka przed Indianami i pragnie zabić człowieka, który go porzucił. Zatem jeśli ktoś posiada sporą dozę wytrwałości, to spokojnie może wybrać się do kina. W innym wypadku lepiej poczekać aż film pojawi się na DVD.

Ocena - 6/10