13 października 2016

Wołyń

Długo nam przyszło czekać na ten film, jednak w końcu nadszedł ten dzień. Mimo wielu przeciwności, rzucania kłód pod nogi i medialnej szarpaniny lub wręcz próbie całkowitego wyciszenia tematu, w końcu na ekrany kin trafił Wołyń w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. Twórca takich dzieł jak Drogówka czy Dom zły, wziął na siebie bardzo trudny, zarówno z punktu widzenia historycznego jak i politycznego, temat, do tego obsadzając w głównej roli debiutantkę. Z tego powodu szedłem do kina z nie małymi obawami, jak się szybko okazało niesłusznymi. Wołyń osiągnął coś czego się totalnie nie spodziewałem. Nie tylko pokazał prawdę, ale wytrącił broń z rąk wszystkich przywódców obozów politycznych. Bowiem dzieło Smarzowskiego jest, o dziwo, apolityczne i pokazujące jak człowiek... nie... jak sąsiad. Tak. To dobre słowo. Jak sąsiad potrafi być sąsiadowi katem.

Akcja filmu rozgrywa się od lata 1939 do lata 1943 roku, kiedy to nastąpiła w lipcu kulminacja czystek etnicznych na Wołyniu. Historia opisuje losy Zosi Głowiackiej (Michalina Łabacz), którą wydano wbrew jej woli za dużo starszego Macieja (Arkadiusz Jakubik) w dniu ślubu jej siostry. Przez cztery lata jakie rozgrywają się na oczach widza, obserwujemy jak zmieniają się relacje głównych bohaterów, wojenna zawierucha skłóca ludzi, a sąsiad sąsiadowi staje się wilkiem. To co reżyser pokazał doskonale to relacje pomiędzy danymi grupami społecznymi oraz jak stare sąsiedzkie waśnie potrafią przeradzać się w nienawiść.

Już same sceny na ślubie siostry Zofii, która wyszła z miłości za Ukraińca, pokazują spięcia pomiędzy gośćmi. Polacy czują się jak panowie na włościach, Ukraińcy jak gorsza część społeczności Kresów, zaś biedniejszy sąsiad, niezależnie od narodowości, patrzy co by tutaj bogatszemu zabrać. No bo przecież on ma dużo to nie zbiednieje jak zniknie kura czy dwie. W to wszystko wchodzi jeden człowiek - nazista. Ukrainiec, zwolennik Adolfa Hitlera i głosiciel ludu wolnej Ukrainy, będący jak przysłowiowa iskra na beczce prochu. Zaognia on waśnie, jątrzy stare spory pomiędzy sąsiadami i piętnuje obie strony. Jaki to Polak zły, a Ukrainiec biedny. A Żyd to oczywiście samo zło i na workach z pieniędzmi śpi. W mało wykształconej ludności, taki człowiek, do tego przyjezdny z wielkiego miasta, jest jak zaraza wprowadzająca chaos do zdrowego organizmu.


Jednak nie tylko on jest winien. Polacy w znacznym stopniu, panosząc się na morgach, które państwo im chętnie przydzielało, sami zbudowali podwaliny pod zawiść sąsiadów. Jednak tutaj sprawdza się też przysłowie "Polak Polakowi wilkiem", gdyż sąsiedzi między sobą potrafili toczyć spory o byle kurę i wykorzystując wojenną zawieruchę kraść i zwalać winę na innych. Niemniej to co ich spotkało było wręcz nie współmierne do winy, co widzą sami Ukraińcy, którzy ośmielili się nie poprzeć UPA i Stefana Bandery. Czekała ich za to sroga kara, gdyż każdy kto nie był z Banderą był wrogiem wolnej Ukrainy, co oznaczało śmierć.

Te relacje międzyludzkie widać od początku do końca. Jedni mordowali i donosili inni starali się pomóc, nie rzadko przypłacając to własnym życiem. W różnych momentach filmu otrzymamy sceny jak Polak pomagał Żydom, podczas gdy inny Polak, sąsiad, ich sprzedał Niemcom w imię zysku. Jesteśmy świadkami masakry Ukraińców mordowanych przez UPA tylko dlatego, że nie podnieśli reki na Lacha z którym pili na weselu. Innym razem widzimy jak jeden z sąsiadów po dokonanym pogromie ratuje z pola ranną, polska dziewczynkę, jeszcze inny zabiera kobietę do stodoły, aby ją uchronić przed gwałtem. Są to jednostki, ale pokazują że każdy może pozostać do końca człowiekiem.


Film pokazuje natomiast w sposób dobitny i bardzo wymowny czym jest totalitaryzm. Nie nacjonalizm albo socjalizm, a jego chore, radykalne skrajne odłamy jak nazizm czy komunizm. Zwolennicy Adolfa Hitlera, Józefa Stalina czy Stefana Bandery są świetnymi przykładami tego jak poroniona ideologia wypruła z nich sumienie. Tak jak ich przywódcy, oprawcy nie mają duszy, honoru czy sumienia. Są monstrami, gorszymi od wściekłych bestii, mordując w imię utopii i chorego systemu. Bo ICH nacja jest najlepsza, ICH naród jest wybrany, ICH wiara jest prawdziwa. Świetnie podsumowuje to pokazanie kazania w kościele przez dwóch różnych popów. Jeden mówi o pokoju, szacunku do sąsiada i wybaczaniu win. Drugi jątrzy stare rany, zachęcając do mordu w imię Boga, który wyrywa kąkol podczas żniw, a pszenice oddaje do spichlerza. Ta sama religia, ten sam naród, ci sami sąsiedzi, a mamy dwie skrajności. Niestety ciemny i niewykształcony lud wybierze łatwiejsze rozwiązanie, niezależnie od tego do jakiej nacji przynależy.

Kilka osobnych słów pochwały nalezą się jednak samym aktorom. Na gigantyczne brawa zasługuje Michalina Łabacz, gdyż takiego debiutu można tylko pozazdrościć. Aktorka zagrała po prostu fenomenalnie, pokazując bardzo wiarygodnie jak zmieniała się jej postać. Z jednej strony piekielnie wytrzymałą psychicznie na razy jakie dostawała od życia, z drugiej pękająca w środku, lecz nie chcąca tego okazać dzieciom nad którymi trzymała pieczę. Zosia straciła bowiem wszystko co było jej najdroższe, a mimo to się nie poddała. Walczyła do końca, dbała o innych i pozostawała wrażliwa na ludzkie nieszczęście. Równie dobrze swą postać odegrał Arkadiusz Jakubik, prostego chłopa, posiadającego jednak wykształcenie oraz honor i umiłowanie do ojczyzny. Z drugiej strony gardził słabszymi, podobnie jak ojciec Zosi, ale nie na tyle aby wydać ich katom.


Bardzo dobrze przedstawiono też lokalne obyczaje, gwarę czy stroje oraz zabudowania. Dzięki temu czuć Kresy w swej najpiękniejszej oraz najsurowszej formie. Same efekty specjalne czy sceny batalistyczne są wykonane na wysokim poziomie. Czasami wręcz aż ma się wrażenie, że to co widzimy jest prawdą i żołądek potrafi nam się lekko wykręcić. Niestety całość w kilku miejscach psuje kiepski montaż. Naliczyłem nawet kilak scen gdzie było wyraźnie widać "cięcie" w tej samej scenie, co wyglądało jakby całość montował ktoś pracujący przy wydaniu Wiadomości albo Faktów. Kilka razy mamy też jakby urwaną scenę - niby wiemy co powiedziano, ale całość znika zbyt szybko, a widz otrzymuje zupełnie nową scenę nie powiązaną z poprzednią. Poza tym czasami reżyser na siłę chce przedłużyć dramaturgię danego momentu co nie wychodzi całości na dobre.

Mimo tych kilku technicznych uchybień Wołyń to dzieło rewelacyjne. Najlepszy dowodem na siłę jego przekazu była absolutna cisza na sali kinowej, mimo bardzo różnorodnej wiekiem widowni. Nikt się nie śmiał, nie mlaskał, w zasadzie nawet nie jadła, zaś po zakończeniu seansu wszyscy wychodzili w milczeniu. Mi również ciężko było ochłonąć po tym co zobaczyłem, nie umiejąc się długo zebrać na to aby wydusić z siebie choćby słowo. Przy takim filmie chyba nie ma lepszej rekomendacji. Owszem można byłoby technicznie nad nim trochę popracować w kwestii montażu i przydałaby się też jakaś stopka historyczna na końcu i początku filmu, jednak i tak reżyser stworzył coś niezapomnianego. Wołyń pokazuje prawdę o tamtych czasach. O bezsensownej rzezi, którą sąsiad dokonał na sąsiedzie, podżegany przez monstra pragnące krwi.

Ocena - 9/10