13 października 2016

Siedmiu wspaniałych

Idąc na ten film nie miałem co do niego zbyt wielkich oczekiwań. W zasadzie to pragnąłem tylko jednego - widowiskowej strzelaniny w ładnej oprawie, nie skażonej choćby odrobiną inteligencji. Słowem klasyczny odgrzewany kotlet kina akcji, tyle że rozgrywający się na Dzikim Zachodzie. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu kucharz, w osobie Antoine'a Fuqua, podał mi danie wyjątkowo smaczne. Nie tylko nie odgrzał kotlecika w mikrofali, ale smażąc go na patelni dodał troszkę masełka. Dodatki również były apetyczne nawiązując do starej oraz sprawdzonej receptury. Dzięki tym kilku prostym zabiegom najnowsza odsłona Siedmiu wspaniałych, jest nie tylko jadalna lecz również smaczna.

Zanim sięgniemy po tą produkcję, musimy wyjaśnić sobie jedną ważną rzecz. To nie jest remake dzieła z 1960 roku. Nie próbuje nim być, a co ważniejsze nie chce nim być. Dzieło Fuquy to odrębna produkcja, łącząca w sobie klasyczny western z współczesnym kinem akcji i tylko w tej kategorii należy je rozpatrywać. Nawiązuje ona w swej historii do głównego motywu filmu Johna Sturges'a, jednak tylko w jej ogólnym zarysie, nie kopiując zbyt wielu scen. Zabieg ten wypada dla całej produkcji na plus, gdyż w ten sposób (o dziwo) dostajemy coś nowego. Nie mam tutaj na myśli nowości w sensie gatunku, bo historia tu zaserwowana jest prosta jak konstrukcja cepa, jednak na tle innych filmów spod znaku wielkiej siódemki, daje nam nowe oblicze sławnych rewolwerowców. Właśnie ten element sprawia, że całość ogląda się nadzwyczaj przyjemnie.

W tym momencie należy pochwalić obraz za scenariusz. Z jednej strony jest on prosty, widz jest wstanie przewidzieć praktycznie wszystko i w zasadzie nic nie jest wstanie go zaskoczyć. Z drugiej zaś strony fabuła potrafi naprawdę mocno wciągnąć, przez co śledzimy ją dosyć uważnie. Wynika to właśnie z wspomnianej wcześniej prostoty konstrukcji całej głównej linii fabularnej oraz jej wątków pobocznych. Mamy ty zwykłą opowieść o zabijakach, którzy pod wpływem starych długów, chęci zarobku i skopania tyłka prawdziwemu dupkowi, ruszają na samobójczą misję. Poza życiem, którego specjalnie nie cenią, nie mają nic do stracenia, zaś perspektywa zrobienia czegoś dobrego przed śmiercią, zwyczajnie do nich przemawia. W tle majaczy nam co jakiś czas sekret skrywany przez przywódcę rewolwerowców, ostatecznie wyjaśniony w końcowych scenach filmu.


No i tutaj mamy pewien głupi zgrzyt. Sceny batalistyczne są wykonane genialnie. Minimalna ilość efektów cyfrowych przy wręcz tonażu kaskaderskich popisów, prawdziwych eksplozji i powszechnego siania ołowiem na wszystkie strony zostaje zaburzona ostatnią sceną. Po dynamicznej bitwie, gdzie obie strony ponoszą ciężkie straty, drzazgi fruwają na wszystkie strony, a ludzki trup ściele się gęsto, mamy przydługi, nudny "pojedynek" dwóch bossów. Wygląda on zwyczajnie słabo, choć początkowo zapowiada się porządnie. Z drugiej strony można mieć spory zarzut do reżysera, za to jak spłycił postać głównego antagonisty. Peter Sarsgaard, wcielający się w osobę przywódcy bandy posiada fenomenalny wstęp. Daje widzom człowieka wyrachowanego, pozbawionego hamulców moralnych i żądnego złota. Początkowa scena w kościele, ukazana w urywkach na zwiastunach, jest wręcz bajecznie mroczna, zaś po niej ta postać jakby znika. Wiemy że gdzieś tam czai się za kurtyną, dwa razy nawet wyściubia na chwilę nos, ale na tym koniec. Szkoda, bo przy tym potencjale można było zrobić coś naprawdę niezapomnianego.


Niemniej pochwała za pracę na planie należy się absolutnie wszystkim aktorom i aktorkom. Widać wyraźnie że przyłożyli się do powierzonych im zadań, rzetelnie wykonując swój fach. Nie mamy tutaj żadnej fuszerki na zasadzie "pokazał buzię, wziął gażę i poszedł". Nie. Tutaj każdy z osobna zadbał o to aby jego postać wypadła wiernie na tle całej historii, stając się jej częścią nie zaś tylko dekoracją. Co ważniejsze każdy miał swoje pięć minut, nawet ludzie będący na trzecim planie. To samo tyczy się tytułowej siódemki, gdzie podczas finalnego pojedynku każdy z nich ma swoją widowiskową "solówkę". Niezmiernie to cieszy, gdyż bałem się że część z nich po protu przebiegnie przez pole bitwy pokazując widzowi tylko tumany kurzu.


Na koniec warto wspomnieć o udanej ścieżce muzycznej oraz naprawdę porządnej pracy kamery. Na tym polu nie ma cienia fuszerki. Mimo dynamizmu wielu scen, widz nie męczy oka, błyskawicznie się orientując gdzie znajduje się dany z bohaterów. Na dokładkę zapodano kilka malowniczych plenerów oraz całkiem przyzwoite odzwierciedlenie miast Dzikiego Zachodu. Siedmiu wspaniałych to rasowe, lekkostrawne kino akcji w unikalnej otoczce klasycznego westernu. Fuqua dał nam porządny kawał rozrywki, przeznaczonej głównie dla męskiej widowni. Osobiście bawiłem się na jego filmie przednie i być może dołączę go do mojej domowej kolekcji gdy już ukaże się na DVD. Co prawda nie postawiłbym go koło legendy z 1960, jednak spokojnie dołożyłbym do moich zbiorów kina akcji rodem z lat 90-tych XX wieku.

Ocena - 7/10