15 marca 2013

Hobbit: Gra karciana

Pod koniec zeszłego roku mieliśmy w kinach premierę filmu Hobbit, a w zasadzie pierwszej jego części, więc szał na wszelkie gry w uniwersum Śródziemia powrócił. Na tej fali powstała krótka gra karciana Hobbit, autorstwa Martina Wallaca, specjalizującego się w ciężkich tytułach jak Steam czy Brass. Po tak znamienitym autorze spodziewałem się, zapewne jak i większość hobbystów gier karcianych, dużo i być może to było przyczyną mego, jakże bolesnego, rozczarowania. Hobbit: Gra karciana okazała się na dłuższą metę niewypałem, gdyż nie tylko nie wnosi nic nowego do gatunku, ale co gorsza, cofa go. Po twórcy tej rangi można oczekiwać, że zawsze będzie czymś pozytywnie zaskakiwał, jednak nawet mistrz potrafi popełnić gafę.

Hobbit: Gra karciana kosztuje 31 zł i mniej więcej za tyle znajdziemy go zarówno w sklepach stacjonarnych czy księgarniach, jak i na sieci. Jeśli występuje już jakaś promocja, to nie zauważyłem aby zeszła poniżej 27 zł. Co zatem otrzymamy za nasze ciężko zarobione pieniądze? Otóż niezbyt wiele. Małe, choć bardzo solidne i opatrzone piękną grafiką, pudełko, a w nim krótką i dobrze napisaną instrukcję oraz plik 65 kart, w tym 5 kart postaci (3 pozytywne i 2 negatywne). Porównując z innymi grami karcianymi tego formatu od G3 czy Lacerty, jest tego mało, a płacimy w zasadzie tyle samo co za Zbuduj swoje miasto czy Onirim. Karty są wytrzymałe oraz opatrzone ładnymi rysunkami. Część z nich posiada nazwy własne, co jest tylko formą estetyczną, a szkoda bo można by ten aspekt jakoś wykorzystać w mechanice. Reasumując. Względem cena-jakość jest przyzwoicie, ale tylko przyzwoicie.

Pojedynek dobra ze złem

Gra jest przeznaczona dla 2-5 graczy, ale najlepiej sprawdza się na 3-5 osób, i wedle opisu na pudełku trwa do 30 minut. Jednak faktyczny czas pojedynczej partii wynosi 5-12 minut, zaś sama rozgrywka jest dość schematyczna. W zależności od ilości graczy, uczestnicy dostają do wyboru inny zestaw postaci. Jedynie Thorin i smok Smaug występują zawsze. Każdy z graczy dostaje 9 kart, zaś osoba grająca Smaugiem otrzymuje 12 po czym 3 odrzuca. Partię zawsze zaczyna gracz mający kartę Thorina. Wybiera on dowolną kartę z ręki i wykłada na stół. Karta ta staje się kolorem wiodącym (mamy 4 kolory - czerwony, żółty, zielony i niebieski) i inni gracze, o ile mają ten kolor na ręce, muszą wyłożyć kartę w tym samym kolorze. W innym wypadku wykładają dowolną. Osoba mająca najwyższą kartę w kolorze wiodącym zgarnia lewę. Kolor fioletowy przebija wszystkie pozostałe i można go zagrać zawsze.

W zależności od postaci gracz inaczej rozdaje karty z lewy. Celem tego manewru jest przypisanie kart zadających obrażenia postaciom przeciwnika. Symbole gwiazdy uzdrawiają postacie dobre i ranią złe, zaś hełmy orków działają odwrotnie. Jeśli na jednej karcie jest para gwiazda-hełm, obie karty odpadają. Karty z fajką pozwalają w kolejnej rundzie dobrać dodatkowe karty, o ile do niej dojdzie. Runda dobiega końca, gdy gracze wyłożą ostatnią swoją kartę z ręki i wtedy podliczą żywotność swoich postaci. Jeśli któraś z nich posiada dwie lub więcej ran, odpada z gry. Dobro wygrywa, jeśli wszystkie złe postacie zginą, w przeciwnym wypadku zwyciężają siły zła.

Zdobywcy pierścienia

Hobbit: Gra karciana to typowy filler, dlatego jest adresowany w zasadzie do każdego odbiorcy. Postanowiłem go zatem przetestować na jak najszerszym polu, tworząc ostatecznie poniższe grupy testowe:

Grupa 1 - dzieci 6-9 lat + rodzice
Grupa 2 - dzieci 8-12 lat
Grupa 3 - gimnazjum i liceum
Grupa 4 - studenci
Grupa 5 - osoby czynnie pracujące

Grupa 1
Gra odniosła wśród najmłodszych krótkotrwały sukces, lecz szybko stała się dla dzieci monotonna. Rodzice grali bardziej z obowiązku i co prędzej starali się namówić swe pociechy na coś bardziej rozbudowanego jak Colorio czy Pentago, co spotkało się z aprobatą. Hobbit: Gra karciana, powrócił jeszcze kilka razy na stół, ale tylko wśród dzieci w wieku 6-7 lat, starsze błyskawicznie o nim zapomniały.

Grupa 2
Gra umarła dosłownie po kilkunastu partyjkach. Uznano że szkoda czasu na coś, co jest zwykłym zbieraniem lew, aby w teorii wykończyć przeciwnika. Olbrzymia losowość, brak wyraźnego zainteresowania ze strony uczestników oraz monotonność rozgrywki, tak naprawdę przypieczętowały los tego tytułu. Większość graczy poza szatą graficzną nie oceniała niczego na plus w karcianym Hobbicie, a prawie każdy wyśmiał cenę, stwierdzając że za 10 złoty może kupić zwykłą talię kart i wyjdzie na to samo.

Grupa 3
Gra umarła nim w ogóle ujrzała światło dzienne. Już po pierwszych 2-3 rozgrywkach, gracze zniechęcili się do niej na tyle, aby rzucić pudełko w kąt. Znaczna większość uznała, że to prymitywny skok na kasę wykorzystujący premierę filmu i skreśliła karciankę definitywnie. Kilkanaście osób próbowało wykrzesać z tej gry choć jakąś iskierkę, ale po paru próbach dali sobie spokój, nie widząc totalnie nic interesującego w tej pozycji.

Grupa 4
Olbrzymia ilość osób skusiła się na grę dzięki nazwisku autora i nie mogli uwierzyć, że popełnił on taką wtopę wydawniczą. Nie spodziewali się oni latających magów, ale to co otrzymali przyćmiło ich najczarniejszy scenariusz. Od razu niemal padło porównanie do starej gry karcianej "3-5-8", w której również chodziło o zbieranie lub też unikanie lew z danego koloru, za co otrzymywało się punkty. Gracze uznali, że Hobbit: Gra karciana, to właściwie zubożona wersja wyżej wymienionej gry, gdyż tam zarówno pojedyncza partia jak i cała rozgrywka trwają o wiele dłużej i wymuszają na graczach myślenie taktyczne. Tu zaś tego brakowało.

Grupa 5
Jak się po czasie okazało, złożyło się na nią sporo osób grających lub chociaż znających brydża (po dziś dzień nie ogarniam tej gry). Bardzo szybko skrytykowali oni Hobbita i uznali za ubogiego karła w rodzinie gier karcianych. Terminologia jaką się posługiwali, była dla mnie mało zrozumiała, ale prowadziła ostatecznie do wniosku, że Hobbit Wallaca to po prostu zmarnowany pomysł, który w nieudolny sposób imituje starą grę "3-5-8".

Plama na honorze

Martin Wallac ma w swoim dorobku kilkanaście znamienitych tytułów, ale Hobbit do nich się nie zalicza. Wręcz jest ich całkowitą odwrotnością. Mam wrażenie, że autor nie miał za bardzo pomysłu i wziął pierwszą z brzegu mechanikę zbierania lew, wpakował w uniwersum Śródziemia i powiedział wydawcy, że tak ma to wyglądać. Mimo wielkiego szacunku jakim darzę Wallaca za Steam i kilka innych jego dzieł, Hobiit: Gra karciana jest najzwyczajniej w świecie nudnym, niedorobionym tworem, który nigdy nie powinien znaleźć się na półkach sklepowych. Tylko ze względu na prostotę, trafia on do najmłodszego odbiorcy, choć i tam, jak się okazało, nie zagościł za długo. Z tej przyczyny, jak i ze względu na dobrą skalowalność i ładne grafiki czy jakość wykonania, gra nie zgarnęła w końcowej ocenie zera, które osobiście bym wlepił jej bez cienia wyrzutów sumienia. Mam tylko nadzieję, że to jednorazowa wpadka zarówno Wallaca jak i wydawnictwa Egmont.

Plusy:
+ sprawdza się wśród dzieci 6-8 lat
+ dobra skalowalność
+ prosta i szybka rozgrywka
+ ładna szata graficzna
+ wytrzymałe karty i dobrze napisana instrukcja

Minusy:
- totalnie zmarnowany potencjał
- nudna i monotonna rozgrywka
- poza najmłodszymi dziećmi, gra ma mizerne szanse trafić w czyjś gust
- za droga, względem tego co dostajemy
- olbrzymia losowość
- marna imitacja gry "3-5-8"
- uczucie "skoku na kasę" przy wykorzystaniu znanego nazwiska i dochodowej marki

Ocena 3/10

Wydawca: Egmont
Ilość graczy: 2-5
Wiek: 6+
Czas gry:15 min
Cena wydawcy: 31 zł
Typ: Dla dzieci

Możliwość zrecenzowania zawdzięczamy firmie Egmont.