5 maja 2016

Homeworld: Deserts of Kharak

W 1999 roku na świat przyszła gra, która diametralnie zmieniła gatunek strategii czasu rzeczywistego (RTS). Homeworld jako pierwszy przeniósł batalie w pełen trójwymiar, dając możliwości jakich nie posiadał nawet StarCraft czy Earth 2140. Mogliśmy zaatakować przeciwnika z góry, od dołu, frontalnie czy z flank po przekątnej. To było coś niesamowitego, co dawało graczom nowe narzędzia w tworzeniu taktyk na polu bitwy. Dodawszy do tego genialnie napisany scenariusz w kampanii dla jednego gracza otrzymywaliśmy w praktyce arcydzieło końca lat 90-tych XX wieku. W styczniu tego roku, po siedemnastu latach od premiery pierwszej części serii, dostaliśmy jej nową wizję. Deserts of Kharak to prequel dla pierwszej części Homeworlda, opisujący wydarzenia na pustynnej planecie LM-27, gdzie grupa badaczy odnalazła tajemniczy artefakt, mający zaprowadzić ich do ojczyzny. Przeniesienie wielkich bitew z kosmicznej przestrzeni na piaski pustyni budziło sporo kontrowersji, jednak mimo wielu przeszkód, wydaje się, że główny cel został osiągnięty i praca studia Blackbird Interactive nie poszła na marne.

W ogniu pustyni

Historia opowiedziana w kampanii fabularnej rozgrywa się na kilka dekad przed wydarzeniami z pierwszego Homeworlda. Na pustynnej planecie, będącej w praktyce cmentarzyskiem kosmicznych statków, roi się od poszukiwaczy artefaktów, którzy chcą się szybko wzbogacić. Nad całością pieczę nadzoruje korporacja Long March Industries (LMI), czerpiąca niemałe zyski z pracy innych. Gracz wciela się w dowódcę jednej z takich wypraw, należącej do grupy zwanej Koalicją, której flagową jednostką jest pustynny lotniskowiec Kaprisi. W trakcie swej tułaczki po zabójczych piaskach pustyni, przecinając wrogie terytoria, natrafiają na tajemniczy wrak gigantycznego okrętu, mogącego zaprowadzić ich do unikalnego znaleziska.


Opowieść snuta w Deserts of Kharak jest utrzymana w szablonie, znanym z poprzednich odsłon. Mamy masę, powoli odkrywanych, tajemnic, wrogą frakcję depczącą nam po piętach oraz mozolną wędrówkę przez pół świata, podczas której zaglądamy w nieznane oraz niebezpieczne regiony. Zmieniła się jedynie skala tej tułaczki, która z obszaru galaktyki skurczyła się do rozmiarów jednej planety. Wydawałoby się, że taki zabieg zaszkodzi całej produkcji, jednak to bardzo mylne założenie. Wszechogarniający nas piasek, daje wrażenie nieskończoności, zaś rozmaite artefakty, wraki, kamieniste pustynie oraz zmagania za dnia jak i w nocy, nadają temu niegościnnemu miejscu życia. Natrafimy też na inne ekspedycje czy bazy zaopatrzeniowe obu walczących stron.

Sam scenariusz napisano bardzo ciekawie. Jest to prosta historia, utrzymana w spokojnej tonacji narracyjnej, ale ciągle coś się dzieje. Ktoś nas atakuje, natrafiamy na burze piaskowe, dochodzi do awarii, odnajdujemy dawno zaginione pojazdy innych wypraw o których słuch zaginął. Nie ma zatem ani jednej chwili abyśmy poczuli nudę. Niestety w tym miejscu pojawiają się dwa bardzo poważne zgrzyty. Pierwszym jest bardzo niski poziom trudności. W trzystopniowej skali jedynie najwyższy poziom zmusza nas jako tako do wysiłku. Na dwóch niższych progach, nie spocimy się ani trochę, a do tego gra potrafi wybaczyć nam wszelkie błędy. Po drugie kampania jest boleśnie oskryptowana. Pozwala nam to odpowiednio się przygotować i jeśli jakimś cudem coś nie wyjdzie nam za pierwszym razem to przy drugim podejściu nie ma bata abyśmy nie pokonali i tak niezbyt bystrej Sztucznej Inteligencji. Niestety prowadzi to czasem do błędów. Na przykład zniszczenie celu głównego, nim otrzymamy taką wytyczną, może spowodować, że gra nie uzna jego wykonania. Dlatego czasem nie z własnej winy będziemy musieli powtórzyć daną misję.


Martwe multi i "puste" DLC

Plagą serii były przez długi czas pustki na serwerach. Niestety i ta odsłona nie zmieniła diametralnie tej sytuacji, gdyż znalezienie współgraczy graniczy czasem z cudem. Co prawda mamy na pocieszenie Skrimish, gdzie walczymy z SI, jednak ta nie stawia nam zbyt wygórowanych wymagań. W dniu premiery mieliśmy bardzo malutki wybór dostępnych map, jednak obecnie jest ich znacznie więcej. W tym punkcie należą się brawa dla twórców, gdyż każda mapa mocno różni się od pozostałych. Mamy zatem inne ułożenie wydm, gór, dolin czy wraków wielkich okrętów. Dodawszy do tego mechanikę chowania się za przeszkodami czy ostrzeliwania celów z wniesienia, gracze otrzymali całkiem sporo możliwości prowadzenia bitew od frontalnego ataku po wciąganie przeciwnika w pułapkę.

Co zaś się tyczy różnorodności to oddano w nasze ręce dwie odrębne frakcje - Koalicję oraz Gaalsien. Pierwsi przypominają swą technologią flotę zdążającą na Higarę w pierwszej części serii, zaś drudzy w pewnym stopniu Vaaygrów, znanych z drugiej części. Oczywiście mam tu na myśli założenia w prowadzeniu rozgrywki, rodzajów jednostek i tak dalej, nie zaś samo pochodzenie. Mimo wszystko czuć znaczniej mniejszy rozmach niż u poprzedników. Pierwszy Homeworld oferował duże zróżnicowanie jednostek w kampanii, zaś w multiplayerze, mimo że w praktyce obie frakcje dysponowały tym samym sprzętem, to miały go od groma. Teraz wszystko uproszczono. Dwa krążowniki, kilka pojazdów tworzących wsparcie, artylerię, czołgi i wyrzutnie rakiet, minimalna flota powietrzna i w zasadzie to wszystko. Z tego powodu rozgrywki szybko się nudzą, gdyż mimo różnorodności terenu na którym rozgrywa się bitwa, możemy produkować w kółko te same 5-6 typów pojazdów. To smutne, szczególnie gdy sobie przypomnimy ile rodzajów samych fregat było w Homeworld 2.


Co zaś się tyczy dodatków w formie DLC, to na razie nie powalają. Teoretycznie wprowadzają dwie nowe floty - Soban oraz Khaaneph - jednak w praktyce są to poprzednie frakcje tylko w nowej odsłonie wizualnej oraz dźwiękowej. Jedyną istotną różnicą jest kilka nowych umiejętności jakimi dysponują poszczególne jednostki. Wprowadza to jakąś różnorodność na polu bitwy, jednak nadal ma się wrażenie, że operujemy tymi samymi co wcześniej pojazdami. Patrząc po cenie rzędu 7-8 euro, to czujemy się zwyczajnie oszukani. Rozumiem gdyby takie coś kosztowało 2-3 euro, jednak za trzykrotnie większą kwotę chciałbym zobaczyć zupełnie nową frakcję, mającą inny arsenał, badania naukowe i jednostki, nie mówiąc już o wzbogaceniu floty pojazdów poprzednich nacji.

Cudo dla oczu i uszu

Od strony artystycznej Deserts of Kharak prezentuje bardzo wysoki poziom. Przerywniki filmowe przeszły pewną przemianę, a mianowicie zamiast nakładanych na siebie czarno-białych obrazów, mamy teraz kolorowy film, choć nadal utrzymany w "rysowanej, pastelowej" formie. Trzeba przyznać, że robi to piorunujące wrażenie i z przyjemnością ogląda się je nawet po raz kolejnego przechodzenia kampanii. Sama oprawa graficzna otoczenia, pojazdów i wszelkich obiektów również nie ustępuje pola konkurencji. Eksplozje wyglądają bardzo widowiskowo, podobnie jak modele jednostek ścierających się na malowniczych piaskach pustyni. Dodatkowych wrażeń daje umiejętnie wkomponowana w całość gra świateł, co szczególnie cieszy oko podczas misji nocnych.


Od strony dźwiękowej również ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Aktorów użyczających swych głosów postaciom dobrano naprawdę umiejętnie, muzyka zapada w pamięć i brzmi bardzo dobrze zarówno podczas rozgrywki jak i poza nią, zaś odgłosy ryków silników, wystrzałów czy detonacji cieszą ucho. Dzięki temu najnowsza część nie odstaje ani na chwilę wizualnie od tego, do czego przyzwyczaiła nas seria. Jest ponuro, posępnie, dynamicznie, a całość skąpano w wyważonej tonacji kolorów, umiejętnie oddając prawdziwą naturę pustyni. Trochę tylko brakuje polskiej lokalizacji, choćby kinowej, jednak w dzisiejszej dobie znajomość języka angielskiego, ta niedogodność nie powinna być przeszkodą na tyle wielką aby nie móc czerpać pełnej satysfakcji z grania. Z drugiej strony odświeżona wersja Homeworlda również nie posiada polskiego tłumaczenia, które zrobiło swego czasu CDP, zatem ciężko wymagać aby Deserts of Kharak je posiadał.

Jest dobrze, choć inaczej

Homeworld: Deserts of Kharak to porządna tytuł, choć z pewnością nie najlepszy w całej serii. Posiada wiele zalet, jednak też kilka frustrujących wad, co sprawia, że nie przyciąga do siebie tłumów. To zaś skutkuje pustkami na multi i obawą o dalszy rozwój gry. Obecnie wydane DLC są zdecydowanie za drogie względem tego co oferują, jednak podczas przeceny warto będzie pomyśleć nad ich zakupem. Gra ma inną scenerię jednak bardzo podobny klimat, do tego wygląda i brzmi pięknie. Zatem jeśli jesteśmy wielkimi fanami sagi o wędrówce kosmicznych wygnańców do ich ojczystej planety, to warto sięgnąć po Deserts of Kharak aby poznać początki ich wielkiej tułaczki przez gwiazdy.

Plusy:
+ utrzymanie klimatu serii
+ świetnie napisany scenariusz w kampanii
+ nastrojowa muzyka oraz piękna szata graficzna
+ klimat nieskończonej pustyni
+ dynamiczne walki
+ w końcu rozbudowane multi...

Minusy:
- ..., które nadal mocno świeci pustką
- drogie i, póki co, słabe DLC
- mocno oskryptowana kampania
- niezbyt inteligentne SI

Ocena - 7,5/10