30 listopada 2015

Strach miał wielkie oczy


Kiedyś słowo horror kojarzyło się ze strachem, dziś przytacza na myśl tylko krew i poszatkowane zwłoki. W obecnym „popcornowym” kinie rządzą slashery i wszelkiej maści niskobudżetowe produkcje, na których sztuczna krew leje się hektolitrami. Prawdą jest że w przeszłości powstawało równie dużo podobnych produkcji, jednak nie były one, przynajmniej w większości, aż tak tępe i obrzydliwe. Ikony gatunku nadal trzymają się wysoko i większość z nich wygrała ekranową walkę z czasem, jednak ciężko znaleźć godnych im następców.

Ocean krwi

Wielki bum na shlasery zaczął się wraz z początkiem lat 80-tych XX wieku i pojawieniem się pierwszej części Piątku Trzynastego. Dzieło Cunnighama okazało się w pewnym sensie przełomowe, gdyż było bardzo mocne, krwawe i zawierało sceny negliżu, a przy tym nie budziło tylu kontrowersji co Ostatni dom po lewej z 1972. Produkt ojców slasherów, czyli Wesa Cravena i Seana S. Cunnighana, mimo bardzo odważnego podejścia do tematu, jakim jest gwałt i morderstwo, wypadał przeciętnie. Na domiar złego film zawierał tyle okrutnych scen, że w wielu krajach został zakazany. Dopiero jego remake z 2009 roku okazał się udany, gdyż mimo poziomu brutalności okrojono go z niektórych scen, pokazujących w sposób szczegółowy obraz gwałtu czy mordu. 

Zatem to co nie udało się duetowi Craven-Cunnigham z początkiem lat 70-tych, dekadę później, po wyciągnięciu stosownej nauki, okazało się strzałem w dziesiątkę. Piątek Trzynastego przeszedł błyskawicznie do ikony kina grozy i doczekał się aż dziesięciu kontynuacji, z których niestety tylko część była naprawdę warta uwagi. Craven nie pozostał bezczynny i w 1984 daje światu pierwszą część Koszmaru z ulicy Wiązów. Produkcję równie mocną, brutalna oraz krwawą, ale kompletnie odmienną w scenariuszu.


W pierwszym wypadku mordercą jest żywy (no, do pewnego czasu) człowiek w osobie Jasona Vooreesa oraz jego matki (tylko w pierwszej części), w drugim upiór z koszmarów, Freddy Krueger, który kiedyś był człowiekiem, ale spłonął żywcem w kotłowni. Oboje mają wiele cech wspólnych jak prześladowanie i mordowanie nastolatków, posługiwanie się charakterystycznym dla nich narzędziem mordu czy elementy ubioru. Oboje są też wyjątkowo okrutni i zabijają dla samej przyjemności przelewania krwi, robiąc to coraz bardziej brutalnie w kolejnych odsłonach serii. Mimo to scenariusze się nie pokrywają, gdyż w Piątku Trzynastego mamy do czynienia z ofiarami w okolicy jeziora Crystal Lake, zaś Freddy morduje swe ofiary w ich śnie.

Obaj panowie stali się tak legendarni, że w końcu powstał film gdzie się ścierają, choć niestety wyjątkowo mizerny. Oba filmy doczekały się również swoich remaków, ale te wypadły dość blado i daleko im było do poziomu Ostatniego domu po lewej z 2009. Freddy i Jason wystąpili też w wielu grach komputerowych w tym na arenach Mortal Combat, jako postacie ekskluzywne dedykowane na konsole Playstation. 

Jednak na tym obaj reżyserzy nie poprzestali. Z ich rąk wypłynęły takie produkcje jak Dom (1986), Krzyk (1996) czy Inwazja (2002). W międzyczasie stworzyli oni wiele kontynuacji swoich produkcji, które jednak im szły dalej tym bardziej zamieniały się w krwawą łaźnię, bez krztyny polotu. Obok nich zaczęły zatem wyrastać bliźniacze produkcje, gdyż każdy chciał wykorzystać nowy trend jakim stało się masowe mordowanie ludzi (głównie nastolatków) na ekranie. Tak narodził się Koszmar minionego lata (1997), Krew Niewinnych (2000), Piła (2004) czy ostatecznie Droga bez powrotu (2003). Są to jednak przykłady udanych produkcji, koło całego oceanu niskobudżetowych potworków, odstraszających wszystkim co tylko można na ekranie zobaczyć. 

W całej tej posoce należy wspomnieć o jeszcze jednym filmie, który również stał się ikoną shlaserów, jednak dużo później. Chodzi o Teksańską masakrę pilą mechaniczną z 1974 roku. Za jej produkcje odpowiadał Tobe Hooper, twórca genialnego Poltergeista z 1982, który doczekał się w tym roku koszmarnego remaku. Reżyser jest też odpowiedzialny za serial telewizyjny Opowieści z krypty, po dziś dzień cieszący się sporym uznaniem. Jednak to z powodu Leatherface’a i jego ogromnej piły Hooper został zapamiętany najlepiej. Film również przerodził się w serię, ale dużo później, idąc na fali dzieł Cravena i Cunnighana, a widzowie zyskali w ten sposób kolejnego sławnego ekranowego mordercę.

Sztampowe opętanie

Zaraz koło „krwawych łaźni’ z udziałem morderców czy zombie, królują produkcje o podtekście religijnym. Mowa tutaj oczywiście o wszelkiej maści egzorcyzmach, poszukiwaniu piekła czy polowaniu na duchy oraz demony. Wspomniany wcześniej Poltergeist Tobe Hoopera, jest jednym z wielu klasyków godnych polecenia. Koło niego śmiało można postawić takie dzieła jak Dziecko Roesmery, Egzorcysta, Omen lub Jeździec bez głowy. Są to filmy w pewien sposób wybitne, bo trzymają w napięciu oraz niosą z sobą morał.

Obecnie mamy jednak plagę dziwnych tworów, wymieszanych z naprawdę dobrymi horrorami. Jednym z najlepszych przykładów jest tutaj Sinister i Rytuał. Pierwszy, mimo że dość przewidywalny, to trzyma w napięciu i ma solidnie opracowane zakończenie, drugi zaś jest zwykłą kalką sprawdzonych schematów. Co gorsza naśladowców Egzorcysty z 1973 roku jest ogrom, a brakuje w tym oceanie kopii takich produkcji jak choćby Gothika. Niby mamy powtórkę, niby znów duchy, opętanie i prześladowanie, ale podane w zupełnie innym sosie i odmiennie przyprawione, dzięki czemu całość wybija się na tle konkurencji. Do tego finał też jest rewelacyjnie opracowany i podzielony na kilka etapów, co tylko potęguje napięcie. Próżno tego szukać w ostatnich produkcjach jak Mama, Zbaw nas ode złego czy Kroniki opętania. Nie zrozumcie mnie źle, wymienione filmy są dobre, sam czasem do nich wracam, ale przy takiej produkcji jak Gothika wypadają słabo, gdyż trzymają widza w napięciu tylko do połowy scenariusza. Potem jadą na utartych schematach nawet nie próbując ich łamać, a widz nie chce w kółko oglądać powtórki tego samego.


Jednak cały czas mowa o produkcjach dobrych lub bardzo dobrych, a te są coraz rzadsze bo zaczynają dominować przeciętne oraz słabe. Ostatnio gdy mamy w kinach do czynienia z maratonami grozy to pojawiają się takie tytuły jak Annabelle, Oculus, Demony albo Taśmy Watykanu. Są to filmy nie tylko do bólu wtórne, ale również budzące śmiech u widza. Do tego dochodzą potworki pokroju Projekt Lazarus, Diabelskie nasienie czy Ostatni egzorcyzm, będące już szczytem kpiny z konsumenta. Ciężko mi zrozumieć dla kogo są tworzone takie filmy, gdyż pomijając ich wtórność, sprawiającą że gatunek się cofa zamiast rozwijać, zwyczajnie nie szanując intelektu widza.

Odgrzewany kotlet, czasem smakuje

Na początku artykułu wspomniałem o tym, że czasem remake jest lepszy od oryginału. Niestety zjawisko to jest wyjątkowo rzadkie. Mieliśmy Ostatni dom po lewej, który nie tylko jest porządnym, choć nie rewelacyjnym, kawałkiem kina grozy, któremu bliżej jednak do thrilleru. Oprócz niego możemy wyróżnić Wzgórza mają oczy (2006), Amityville (2005), Coś (2011) będący w praktyce prequelem i jednocześnie remakiem czy Świt żywych trupów (2004). Są to produkcje naprawdę porządnie wykonane, z klimatem i mimo wszystko przyciągające widza. Obok nich stoją remaki azjatyckiego kina grozy jak The Ring (2002), Lustra (2008) albo szwedzkiego w postaci Pozwól mi wejść (2010). W wszystkich tych filmach twórcy postawili zaserwowali widzowi nie zwykłą kalkę oryginału, tylko przenieśli scenariusz i jego postacie do kultury USA umiejętnie łącząc oba te czynniki. Rezultat jest rewelacyjny.


Niestety nie zawsze się tak dzieje i to do tego z rodzimymi dla Hollywoodu produkcjami. Wystarczy wspomnieć o nowej odsłonie Carrie, Omen albo Martwego zła, które zwyczajnie nudzą, strasząc marną imitacją horroru. Takie produkcje psują nie tylko gatunek, ale również pozostawiają na długo niesmak, powracający gdy sięgamy po pierwowzory. Równie kiepskim posiłkiem, do tego bardzo ciężkostrawnym, jest przeciąganie serii, zamieniając ją w pozbawioną sensu papkę. Świetnie pokazuje to Piła, która już od drugiej części zaczęła skrzypieć, a im szła dalej tym było gorzej. Finał okazał się tragiczny, absurdalny, a do tego od strony technicznej wręcz tandetny. Podobną sytuację mieliśmy w wspomnianym na początku Piątku Trzynastego, który dodatkowo doczekał się mizernego remaku, zaś ostatnia część głównej serii, Jason X, była katastrofą. Identyczny los spotkał serię Krzyk, jednak tutaj reżyser poprzestał na czwartym odcinku i zaprzestał wyrządzania serii dalszych szkód.

Brutalna przyszłość

Gatunek jakim jest horror trzyma się twardo na rynku, jednak coraz więcej w nim popłuczyn. Te występowały zawsze, jednak nigdy nie wypływały tak licznie na powierzchnię przesłaniając tym samym dobry wizerunek sławnych marek. Hollywood cierpi od kilku lat na chorobę zwaną „nakręćmy powtórkę”, co odbija się czkawką na całej branży filmowej, jednak w przypadku horroru widać to aż za bardzo często. Oczywiście nadal pojawiają się bardzo dobre produkcje czy choćby przyzwoite, jednak od dawna nie było żadnej prawdziwej perły, która zapadłaby widzom na dobre w pamięci. Mamy za to tonaż popłuczyn, powtarzających jak mantrę utarte schematy sprzed dekad. Na pomoc mogłyby przyjść konkretne podgatunki, takie jak Science Fiction Horror, jednak to temat na zupełnie inny odcinek wycieczek po mrocznych krainach kina grozy.