16 października 2016

Smoleńsk

Od momentu pojawienia się pierwszych informacji o powstaniu tego filmu, w całej Polsce zawrzało. Wszystkie ugrupowania polityczne, społeczne i artystyczne zaczęły obrzucać się błotem nim ujawniono pierwszy zwiastun. Powiem uczciwie, że ten nie zachwycał od strony technicznej jednak gdy spojrzało się na niego odcinając kompletnie od podłoża politycznego, dawał nadzieję na naprawdę ciekawe kino detektywistyczne. Nie oszukujmy się - katastrofa lotnicza jaka miała miejsce pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku jest najtragiczniejszym wydarzeniem w dziejach współczesnej Polski. Zginęło wielu ważnych dygnitarzy z wszystkich obozów politycznych, zaś śledztwo zostało niemal kompletnie pogrzebane. Sam fakt, że wrak nadal spoczywa w rękach Rosjan, daje pole do popisu na tle filmowym czy literackim w napisaniu rasowego thrillera. I właśnie tym mógł być Smoleńsk. Tak, to mógł być polski Spotlight, gdzie dziennikarze starają się odpowiedzieć na serię zagadkowych pytań i poznać skrywane skrzętnie tajemnice, niewygodne dla wielu ludzi. Mógł być. Owszem, mógł... ale niestety tak się nie stało, gdyż Smoleńsk to tragiczny film. Nie jako dzieło propagandowe tylko czysto kinematograficzne. I właśnie tym aspektem zajmę się w recenzji, bo dotyczy ona filmu nie zaś polityki.

Fabuła skupia się głównie na wydarzeniach po katastrofie, opisując wszystko z punktu widzenia dziennikarki śledczej. Pracuje ona bowiem dla telewizji TVM (jakież to wymowne) i stara się dociec prawdy na temat wydarzeń, które doprowadziły do tragicznego wypadku. Oczywiście błyskawicznie lecą jej pod nogi coraz to większe kłody, zaś wielu osobom zależy na tym aby prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego. Taką wizję zapodaje widzowi reżyser i z tym nie mam większego problemu. Jeśli ktoś chce wierzyć w spisek mający na celu wymordowanie polskich władz w 2010 roku, to w filmie fabularnym jestem gotów to w pełni zaakceptować. Szczególnie że nie mamy tu do czynienia z dokumentem czy też produkcją ściśle historyczną. Nie. To jest thriller śledczy, a przynajmniej tym chciał być. 


Na czym więc polega problem? Zacznijmy od podstaw - scenariusz. Pojęcia nie mam kto napisał tego potwora, bo naprawdę ciężko mi uwierzyć, że Antoni Krauze (Czarny czwartek - reżyseria) lub Marcin Wolski (Graczykowie - scenariusz) potrafili wyprodukować tak nonsensowny zlepek wszystkiego i niczego zarazem. Nawet gdybym chciał założyć, że Smoleńsk ma być produkcją propagandową to przy swoim scenariuszu jest to całkowicie niewykonalne, gdyż jest on tak durny i naiwny. Napisane w nim postacie, ich linie dialogowe jak i sama kolejność następujących po sobie scen to czysty absurd połączony z groteską. Ciężko się w tym wszystkim połapać, ponieważ całość wygląda jak naprędce sklejona opowieść z wycinków jakie ktoś porobił z kilku różnych gazet. 

Jednak głównym gwoździem do trumny jest forma w jakiej główna bohaterka prowadzi śledztwo. Znaczy ciężko powiedzieć, że to robi, gdyż widz tego nie uświadczy. Nie chodzi mi w tym punkcie o nieudolność dziennikarki, a zwyczajny brak scen pokazujących jej postępy czy tego jak dociera do poszczególnych materiałów. Mamy za to wstawki pokroju "Hej, a ja już coś znalazłam i się tym cieszę", przy czym widz nie ma bladego pojęcia jak, kiedy i gdzie to się stało. Innymi słowy całe śledztwo jest prowadzone za kurtyną. Dosłownie. My jako widzowie patrzymy tylko na jego rezultaty, notabene bardzo słabe, co tylko zwiększa frustrację. 


Skoro już jesteśmy przy postaci głównej bohaterki, granej przez Beatę Fido, to warto wspomnieć o naprawdę wyjątkowo niskim poziomie aktorskim. Pamiętam jej rolę, może nie jakąś super wielką, z filmu Popiełuszko: Wolność jest w nas, gdzie naprawdę przyłożyła się do swej pracy. Tutaj dostała główną rolę i... chyba totalnie zapomniała jaki jest jej zawód. Rozumiem że scenariusz nie dawał zbytniego (no, w zasadzie to prawie żadnego) pola do popisu, ale można było chociaż próbować się starać wykrzesać coś z swej postaci. Tymczasem pani Fido dała nam przykład dziennikarki będącej totalnym zaprzeczeniem tego fachu, zaś jej postać w połowie filmu zmienia nagle obóz bo cudownie przejrzała na oczy. Serio, takich dziwów to ja nawet na Jasnej Górze nie widziałem.

Niestety nie tylko Beata Fido zagrała koszmarnie, ale praktycznie wszyscy ludzie widoczni na planie. Poziom aktorstwa jest gorszy niż w najbardziej płytkim serialu telewizyjnym. Podczas seansu ktoś za mną rzucił tekstem, że chyba przyszliśmy do kina na seans specjalnego odcinak Trudnych spraw i szczerze powiedziawszy trafił w sedno. Tak naprawdę Smoleńsk wygląda jak ta tandetna seria, będąca dla internautów źródłem materiałów do niezliczonych memów. Jednak nawet w tym bagnie jest jedna, jedyna rola, która nie została pogrzebana żywcem. O dziwo chodzi o postać Lecha Kaczyńskiego zagraną przez Lecha Łotockiego. Aktor zrobił dokładnie to czego oczekiwali od niego widzowie - pokazał zwykłego człowieka. Nie męczennika, bohatera czy wyniosłego męża stanu, a zwykłą osobę piastującą ważny urząd państwowy. Jest to jednak jedyny (dosłownie) pozytywny aspekt tej produkcji.


Od strony czysto technicznej całość wygląda brzydko i chaotycznie. Efekty... ekhm... specjalne, czy też "specjalnej troski", zdjęcia, montaż i hmm... no dobra, powiedzmy że ścieżka muzyczna (tylko dla osoby głuchej) są, delikatnie ujmując, tandetne. Naprawdę ciężko jakkolwiek wypowiedzieć się rzeczowo na ich temat, gdyż mamy tu taki pokaz amatorszczyzny, że domatorskie produkcje wrzucane na You Tube niejednokrotnie są o wiele lepsze. Miejscami poziom warstwy wizualnej jest tu niższy niż w Trudnych sprawach, a to już wymaga wielkiego talentu. Chyba ostatnim polskim filmem jaki widziałem, posiadającym tak niską jakość techniczną była Kac Wawa, jednak tam już dawno przebito się przez dno i drążono kilka kilometrów w głąb bagna.

Smoleńsk to film wybitnie nieudolny, koszmarny i tragicznie wykonany. Mogliśmy dostać, nie patrząc już na poglądy polityczne poszczególnych Polaków, naprawdę świetny thriller dziennikarski, a wyszło kompletne... w sumie nie bójmy się użyć tego słowa, bo w tym wypadku jest w pełni zasadne - gówno. Nawet praca Lecha Łotockiego nie jest wstanie choć na chwilę stłumić fetoru jakiego doświadcza widz podczas seansu tego potworka. Do tego zakończenie... O mój Boże kochany. Nawet gdybym był totalnie pijany nie wpadł bym na tak poroniony pomysł jaki zaserwowali widzom autorzy Smoleńska. Zresztą kto widział film, zapewne doskonale mnie rozumie, zaś kto nie miał tej wątpliwej przyjemności niech się cieszy. Jego mózg zachowa w sprawności wszystkie synapsy. Dlatego mimo apolitycznego nastawienia się do tej produkcji, nie umiem zrobić nic innego jak dać jej jedną z najniższych możliwych u mnie ocen i powiedzieć wszystkim aby nie tykali tego... czegoś, nawet stumetrowym kijem.

Ocena - 0/10