20 lutego 2016

Konungowie #2: Wojownicy nicości

Pierwszy tom nordyckiej mini-serii Konungowie, kompletnie mnie nie zachwycił, a w praktyce rozczarował. Mimo wielu obiekcji sięgnąłem jednak po kolejną część, gdyż nie lubię pozostawiać pracy niedokończonej. Ku mojemu szczeremu zdziwieniu, fabuła Wojowników nicości, bardzo odstaje od tego czego uświadczyłem w Najazdach i trzyma o wiele wyższy poziom. Można powiedzieć, że nadrabia wszelkie niedoskonałości początkowej fazy tej historii, dając czytelnikowi odczuć jak smakuje zdrada.

W wyniku wydarzeń jakie miały miejsce w Najazdach, dwoje rywalizujących o tron braci, postanawia zawrzeć wspólny sojusz, by bronić kraju przed centaurami i Celtami. Nie likwiduje to tarć pomiędzy armiami obu stron oraz honorowym Sigvaldem i podstępnym Rildrigiem, który już knuje jak wykorzystać obecną sytuację aby raz na zawsze pozbyć się brata. W tym celu nadal spiskuje wraz z czarnoksiężnikiem Hilmarem pracującym nad stworzeniem berserków, monstrami zrodzonymi z ożywionych trupów ludzi, którzy zamieniają się w nieczujących niczego wojowników. Tymczasem Elfie, siostra zwaśnionych braci, naiwnie wierzy w siłę powstałego rozejmu. Sprawy szybko przybierają nieoczkowany obrót, gdyż na arenie pojawia się nowy gracz.

Fabuła nadal jest dość przewidywalna w wielu punktach, jednak tym razem ma kilka interesujących zwrotów akcji. Dodatkowo nareszcie zakończenie potrafi zaskoczyć, wprowadzając powiew świeżości w całej tej historii oraz zagadkowości, której wcześniej nie było. Mimo że czytelnik ma pewne domysły co do niektórych okoliczności, jakie miały miejsce podczas wojny z centaurami dziesięć lat przed wydarzeniami opisanymi w komiksie, to niczego nie jest na sto procent pewien. Brakuje sporej części układanki, zaś elementy jakie autorzy nam podrzucili, nie wystarczają aby wyrobić sobie rzetelny obraz całości. Jedyne czego możemy być pewni, to jakie są obozy tego konfliktu, na linii Celtowie-centaury-zwaśnieni bracia-czarnoksiężnik.

To co boli, to jakby pominięcie, ponowne zresztą, wątku Celtów. Wiemy że są, napierają na królestwo Alstavik od strony morza, ale poza sceną gdzie topią pojedynczą jednostkę graniczną, w sumie nie ma o nich nic więcej powiedziane. Scenariusz aż prosi się o rozwinięcie tego wątku, gdyż można byłoby to ciekawie zrealizować. Jednak Runberg uparcie pomija ten fragment skupiając się za to na pracy Hilmara. Jest to oczywiście bardzo ważny element dla całej powieści, jednak można by spokojnie kilka mniej użytecznych scen pominąć i na ich miejsce wpleść Celtów.

Jeśli idzie o kreskę, to nadal przypomina ona mocno, pod kątem wizerunków postaci, anime. Lubię serial Berserk, jednak w Konungach, jakoś nie przekonuje mnie stado kulturystów, pląsających w zbrojach i tłukących się z centaurami, które wyglądają jak po wieloletnim spożywaniu sterydów. Do tego wszystkiego dochodzą młode, ponętne i obdarzone olbrzymimi wdziękami niewiasty. W całym albumie znalazło się też kilka scen negliżu, który co prawda pasował do sytuacji, jednak przepompowane biusty czy monstrualne prącia, zalatywały zbyt mocno ludźmi grającymi w filmach dla dorosłych. Pochwała należy się jednak za rysunki plenerów oraz utrzymanie całej powieści w bardzo mrocznych barwach, co podkreśla przewijającą się przez cały album zdradę pośród sojuszników.

Wojownicy nicości to porządny kawał fantasy, który mocno zatarł niesmak spowodowany pierwszą częścią. Z pewnością sięgnę po ostatni tom sagi, gdyż jest kilka pytań na które muszę poznać odpowiedź. Mimo początkowych obaw cieszę się, że jednak zaryzykowałem i powróciłem do śledzenia losów zwaśnionych braci. Gdyby ta przygoda od samego początku trzymała taki poziom, z pewnością chętniej powracałbym do Konungów. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Ocena - 7/10