29 kwietnia 2016

Księga Dżungli (2016)

Ostatnia fala tworzenia filmowych baśni pod starszego widza, wypadła bardzo obiecująco. Co prawda mieliśmy kilka potknięć, jednak w ogólnym rozrachunku jest coraz lepiej. Przyszedł zatem czas na Księgę Dżungli, a konkretniej jej animowaną adaptację, którą Disney stworzył w 1967 roku. Nie ma zatem mowy o przeniesieniu na ekrany kina książki Kiplinga (choć wytwórnia zrobiła to z powodzeniem w 1994), co nie oznacza, że dostaliśmy kiepski film. Wręcz przeciwnie. Jest o wiele lepiej niż mogłem się spodziewać i Disney po raz kolejny udowodnił, że w jego studiu zasiadają genialni artyści. 

Historia rozpoczyna się gdy Mowgli (Neel Sethi) jest już starszy i wychowuje się w stadzie wilków, do których przyprowadziła go Bagheera. Stara się naśladować w pełni swoich braci, jednak jako ludzkie szczenię ma z tym olbrzymi problem. Jest słabszy, mniej zwinny oraz rośnie wolniej od swych braci i sióstr. Do tego przywódca stada gani go za każdym razem gdy chłopiec tworzy różne sprzęty, mówiąc mu, że wilki tak nie postępują. Pewnego razu nad wodopojem, podczas Wodnego Rozejmu przychodzi wielki tygrys imieniem Shere Khan. Żąda on wydania ludzkiego szczenięcia w jego pazury, jednak spotyka się z sprzeciwem stada. Mowgli nie chcąc konfliktu pomiędzy potężnym tygrysem a watahą, postanawia zatem odejść aby poznać swoje miejsce w świecie.


Pierwsze co rzuca się w oczy to znakomicie wykonane efekty CGI. Oglądając film, zdajemy sobie sprawę, że otaczająca nas dżungla oraz zwierzęta to twór komputera, zaś niemal jedynym żywym aktorem w całej produkcji jest Neel Sethi (nie licząc kilku późniejszych scen w formie wspomnień), ale i tak ma się wrażenie jakby otaczał nas realny świat. Przyznaję, że zaprezentowany tutaj poziom jest mistrzowski. Każde zwierzę porusza się bardzo naturalnie, widać jak pod skórą pracują mięśnie, płynnie poruszają się wargi w czasie mowy oraz da się policzyć niemal każdy włos ich futra. Co ważniejsze Sethi genialnie wpasował się w ten cyfrowy świat i mamy wrażenie, że naprawdę dotyka, głaszcze czy dosiada danego, zwierzęcego bohatera.

W tym punkcie należą się gromkie brawa za angielski dubbing. Wypadł on po prostu fenomenalnie. Głosem, a raczej głosami, zapadającym najbardziej w pamięć jest Idris Elba wcielający się w postać głównego antagonisty filmu oraz Bill Murray w roli misia Baloo. Są to bodaj najbardziej charakterystyczne postacie z całej menażerii zwierzaków, jakie widzimy na ekranie, zaś ich pojedynek, którego skrawek pokazano w zwiastunie, wgniata w fotel. Nie można też nie wspomnieć o innych osobistościach jak Ben Kingsley jako Bagheera albo Scarlett Johansson  w roli Kaa. Co ciekawe po raz pierwszy spotkałem się z zabiegiem zamiany płci tym postaciom. Zazwyczaj czarna pantera była samicą zaś wąż samcem, jednak tutaj owa wymiana ról wypadał porażająco dobrze. Szczególnie sceny gdy Bagheera karci Mowgliego albo sprzecza się z Baloo, potrafią wzbudzić u widza szczery uśmiech. Mamy tu też Lupitę Nyong'o, która kilka lat temu zgarnęła Oscara za rolę drugoplanową w Zniewolonym. Pojęcia nie mam czemu ją otrzymała, bo nie popisała się tam kompletnie niczym. Zero aktorstwa, rola sprowadzona do krzyczenia i płaczu, do tego tak nudna, że szybko zapominano o jej postaci. Można śmiało powiedzieć, że tym razem zapracował  na uznanie. Daje ona bowiem głos wilczycy Rakshy, wychowującej ludzkie szczenię i zrobiła to w sposób bardzo umiejętny, budując postać pełną troski oraz trwogi o swe adoptowane potomstwo.


Na deser mamy Akelę, przywódcę watahy wilków, któremu głosu użyczył Giancarlo Esposito, oraz małpiego Króla Louiego, wielkiego orangutana mówiącego głosem Christophera Walkena. Są to dwie zupełnie odrębne kreacje, mimo że łączy ich pozycja dowódcy w swoim stadzie. Akela jest opanowany, stanowczy i wiecznie czujny, mając na uwadze dobro swoich podopiecznych. Nie dąży do konfliktu, starając się rozwiązać problemy na drodze konsensusu oraz dyplomacji. Nie można tego samego powiedzieć o Louiem, śniącym o władzy nad ogniem, zwanym przez zwierzęta Szkarłatnym Kwiatem (w oryginale Red Flower). Wie że nawet mocarny Shere Khan boi się go, a małpi król ma ochotę być władcą całej dżungli.

W całym tym natłoku gwiazd wielkiego formatu, wybija się na pierwszy plan młodziutki Neel Sethi, wcielający się właśnie w ludzkie szczenię. Chłopak wywiązał się z swej pracy po mistrzowsku, nie dając się zepchnąć w cień. Tak naprawdę nie tylko cała przygoda kręci się wokół niego, ale on sam steruje jej tempem akcji oraz kierunkiem rozwoju. Aktor miał nie lada zadanie aby zobaczyć to co dopiero powstawało na komputerze i zagrać tak aby stać się żywym elementem cyfrowego świata. Udało mu się to jednak w każdym punkcie, dzięki czemu widz ani razu nie czuje, że ogląda dwa odrębne obrazy.


Najnowsza Księga dżungli to prawdziwa perełka. Wyśmienita muzyka, genialna gra aktorska Sethiego oraz voice acting pozostałej załogi. Reżyser Wilka z Wall Street wydawał się sporo ryzykować dając do napisania scenariusz mało znanemu Justinowi Marksowi. Jednak ten stanął na wysokości zadania i stworzył coś co na długo pozostanie w mojej pamięci. Wraz z specami od CGI oraz świetnie dobraną obsadą, nie mogło się zwyczajnie nie udać. Polecam zatem obejrzeć ten film, nie ważne czy w wersji anglojęzycznej czy polskiej, bo zwyczajnie warto. Ciężko mi co prawda pisać o naszym dubbingu, gdyż go nie słyszałem, ale wróżę tutaj sukces. Teraz zaś pozostało mi czekać do lipca na nową wersję Tarzana, gdzie liczę na podobny poziom, choć w nieco innej oprawie.

Ocena - 10/10