10 stycznia 2015

Hobbit: Bitwa pięciu armii

Ostatnią część trylogii o Bilbo Bagginsie obejrzałem raczej z konieczności recenzenckiej niż własnych chęci. Aby móc w pełni przedstawić swój punkt widzenia na filmowego Hobbita i jego odniesienie do ekranizacji Władcy Pierścieni, należało zobaczyć twór Petera Jacksona do końca. Mimo pozytywnego nastawienia, po finale w Pustkowiu Smauga, Bitwa pięciu armii już od pierwszych minut sprawiła, że żałowałem mojej decyzji (i wydanych pieniędzy). Dwie i pół godziny (nie licząc reklam) pożarła mi ta straszliwie nierówna produkcja, która wynudziła mnie dużo bardziej niż dwie poprzednie razem wzięte. Liczyłem na kolejną bitwę o rozmachu walki o Gondor czy Helmowy Jar (cóż to było za widowisko w kinie), a dostałem mieszankę przeciętnych efektów komputerowych, scen przepełnionych absurdem (potyczka Legolasa z Bolgiem jest... zwyczajnie szkoda słów) oraz morze monologów prowadzonych podczas bitwy. Jak jednak w całokształcie wypadło w moim przekonaniu zwieńczenie historii o jednym z najsławniejszych niziołków Śródziemia? Mimo braku wysokich oczekiwań, bardzo mizernie.

Film rozpoczyna się bardzo dynamicznie od ataku Smauga na miasto ludzi, zwane potocznie Miastem na jeziorze. Rozwścieczony przez Thorina i jego kompanów smok postanawia pokazać wszystkim swą potęgę oraz ukarać arogancję ludzi, którzy pomogli krasnoludom dotrzeć do wnętrza Samotnej Góry niezauważenie. Podczas dewastacji miasta, Smaug zbyt pewny swej siły ulega czarnej strzale wystrzelonej przez Giriona i pada martwy. Wieść o jego klęsce błyskawicznie się roznosi i teraz każdy pragnie posiąść skarby skryte w odmętach góry, gdzie zagnieździł się smok. Thorin trawiony rządzą złota, która doprowadziła do szaleństwa jego ojca, nie ma zamiaru się z nikim dzielić. Ludzie desperacko szukają schronienia po utracie swych domostw, elfy pragną "odzyskać" klejnot zwany Sercem Góry, zaś orkowie posiąść we władanie całą krainę. W całym tym wirze wydarzeń tylko Girion i Bilbo zdają się zachowywać rozsądek, jednak bez pomocy Gandalfa Szarego, którego pojmały siły ciemności, nie są wstanie przeciwstawić się rosnącemu szaleństwu pogoni za złotem.

Teoretycznie ta część powinna sprawić, że uśmiech nie zejdzie mi z twarzy przez niemal cały seans. Jest tu bowiem wszystko to co fani filmów fantasy kochają. Walka z smokiem, góry złota, intryga, rozbudowany konflikt, pradawny skarb, a wszystko to uwieńczone gigantyczną bitwą gdzie ścierają się z sobą orki, krasnoludy, elfy, ludzie i leśne stworzenia. Szkoda tylko że scenarzyści wpadli na poroniony pomysł wciśnięcia gdzie się tylko da monologów oraz kompletnie patetycznych dialogów. Biją one szczególnie po oczach gdy oglądamy sceny z Thorinem, który to raz popada w obłęd po czym się z niego otrząsa. Pal licho że wokoło toczy się krwawa rzeź, orki szlachtują kobiety i dzieci niczym małe wieprzki, a krasnoludy i elfy walczą z przeważającymi siłami wroga. Nie, nasz smokobójca (czyli Girion) ma czas aby pocieszyć dzieci, chwilkę z nimi pogadać i wymienić długie spojrzenia. Oczywiście równolegle orki mają tak spowolnione ruchy, że spokojnie pozwalają kulawemu ślepcowi zwiać na drugi koniec królestwa. Ja rozumiem że w światach fantasy ta rasa nie grzeszy przesadnym intelektem oraz bystrością, jednak Tolkien stworzył je raczej z bardziej ogarniętego materiału, który widząc ranną ofiarę nie przygląda się jej tylko rozszarpuje czym prędzej na kawałki. 

Takich głupot niestety mamy więcej. Nie oczekiwałem od tego filmu realizmu, ale to w jaki sposób jest przeprowadzona bitwa pod Samotną Górą, w mojej ocenie, jest czysta kpiną. Z jednej strony orki są silne, twarde, opancerzone i zachowują się jak naćpani wrestlingowcy, z drugiej hobbit ciskający w nich ręcznie kamieniami, potrafi ich ogłuszyć trafiając w głowę, na której najczęściej mają hełm. Po prostu Dawid pośród stada Goliatów, tylko że procy zapomniał. Na to wszystko nakładają się beznadziejne efekty specjalne, szczególnie rażące oczy widza w scenach pojedynków pomiędzy głównymi bohaterami, a zgrają niedorozwiniętych umysłowo wojowników. Wspomniana na wstępie potyczka Legolasa z Bolgiem to szczyt tandety i połamania praw fizyki. Całość przypominała mi sceny z niskobudżetowych gier komputerowych, gdzie mimo zadania głównemu złemu szeregu ciosów, ten stoi twardo i odhacza kolejne serduszka z paska życia. Wizualnie zaś razi ona na każdym kroku, zaś kilka scen po prostu wygląda skandalicznie źle.

Bitwa pięciu armii okazała się zmarnowanym potencjałem i straconym czasem. Mimo olbrzymiego potencjału, nie wykorzystano go nawet w połowie, stąd dziwię się tak przychylnym ocenom mas dla tej produkcji. Mając za wzór dużo starszego Władcę Pierścieni, który wizualnie wygląda nieporównywalnie lepiej, a scenariusz jest tam napisany dużo solidniej (choć Powrót króla nieco mi się dłużył), Peter Jackson w mojej opinii odstawił tym razem fuszerkę. Wziął słynną markę, zmiksował, polał tanim sosem i podał na świątecznej zastawie, mówiąc że to dzieło szefa kuchni z pięciogwiazdkowego hotelu. Jako fan serii czuję się oszukany po przebrnięciu przez finał historii Bilbo Bagginsa. Z punktu widzenia zwykłego widza, też mam spore zastrzeżenia. Do Władcy Pierścieni zapewne wrócę, jednak Hobbita solennie sobie odpuszczę, gdyż jednorazowa przygoda z tą produkcją w zupełności nadwyrężyła mój czas.

Ocena - 4/10