15 listopada 2014

Waleczne piksele

Chyba każdy mężczyzna po trzydziestce pamięta stare konsole zarówno te podłączane do telewizora jak i te formatu "kieszonkowego". No w tamtych czasach jeszcze PSP nie było, ale Sony i tak wypuściło na rynek masę przeróżnego sprzętu. Zawsze cieszyła możliwość pogrania kwadratowymi ludzikami walczącymi ze złem tego świata w postaci robotów, kosmitów, mutantów i tak dalej. Tym razem mamy możliwość wcielenia się w te postaci po przez grę karcianą Waleczne piksele. Jak wygląda pokazałem w unboxingu, teraz zaś przedstawię mechanikę i wrażenia graczy. Te są dość różne, głównie dlatego że chyba nie wszyscy wiedzieli do końca czego się spodziewać po tej grze. Jak zatem Waleczne piksele wypadają w praktyce? Przekonajcie się sami z lektury niniejszej recenzji.

Karciana "pikseloza"

Cała rozgrywka podzielona jest na rundy, a te na 3 fazy, w których gracze wykonają po 2 akcję na fazę. Przygotowanie gry jest błyskawiczne, choć z początku gracze będą zapoznawać się z kartami, więc rozgrywka się znacząco przeciągnie. Na kartach znajdziemy bowiem pełno tekstu zapisanego drobnym makiem, a tworzenie odpowiednich kombinacji jest kluczem do wygranej. Każdy gracz dostaje swoją talię, dokładnie tasuje i dociąga pięć kart na rękę, układając czerwonym nagłówkiem ku górze. Są to nasi herosi, których przyjdzie nam chronić, bowiem wygra ten z graczy, który pierwszy ukatrupi wrogiego bohatera. Każdy ma swoją pule punktów życia, wartość ataku oraz zdolność unikalną. Kartę wykładamy na środek stołu przed sobą, a pozostałe obracamy niebieskim nagłówkiem ku górze - jest to nasza ręka początkowa. Na koniec wybiera się kto rozpoczyna i ta osoba dostaje kartę gracz a rozpoczynającego i kładzie ją na pierwszym rzędzie swej armii (heros jest w środkowym - skrzydła). Drugi gracz dostaje swoją kartę i robi to samo.

Pojedyncza runda dzieli się na trzy fazy, zwane falami - frontu, skrzydła i tyłów. Gracz w swoim ruchu ma po dwie akcje na każdą z fal. Cały system działa prosto. Najpierw rozgrywana jest pierwsza fala i gracz rozpoczynający rozgrywa swoje akcje, po czym przemieszcza kartę gracza na kolejny rząd. Następnie drugi gracz robi to samo, czyli rozgrywa dwie akcje frontu i przemieszcza swą kartę gracza na niższy rząd. Kiedy w ten sposób wszystkie rzędy zostaną rozegrane, runda dobiega końca i gracze zamieniają się kartami pierwszego/drugiego gracza i kładą je koło górnego rzędu. Gra kończy się w momencie śmierci jednego z herosów.

W ramach swoich akcji gracz może wykonać atak (w zwarciu lub dystansowy), aktywować rozkaz, specjalną zdolność karty, wystawić kartę, dobrać kartę na rękę czy usunąć zwłoki, czyli wyrzucić martwego wojaka z rzędu. Ostatni typ akcji jest ważny, gdyż jeśli jakaś postać nam zginie to nie wyrzucamy jej, a odwracamy rewersem do góry. Możemy bowiem wskrzesić taka kartę za pomocą specjalnych rozkazów, tak aby znów nam służyła. Możliwości jest naprawdę dużo bo każda karta zawiera aż 5 akcji.

Wojna z mikrym klimatem

Największą wadą Walecznych pikseli jest w praktyce zerowy klimat zawartego w grze tematu. Mamy co prawda uczucie pojedynku, starcia pomiędzy heroicznymi postaciami, ale jakoś nie czuć tego że są to postacie z starych gier na Pegazusa, Atari czy Amigę 500 (której byłem szczęśliwym posiadaczem). Same nazwy i rysunki postaci w lewym górnym rogu karty to zdecydowanie za mało aby stworzyć klimat będący odniesieniem do lat 80 i 90 w postaci elektronicznej rozgrywki, a tytuł właśnie to nam sugeruje.

Co się podobało:
Na pierwszym miejscu znalazła się mechanika, którą można wytłumaczyć w kilka minut i każdy jest wstanie ją opanować. Co prawda nauczenie się wszystkich kart pożre sporo czasu, ale sama mechanika rozgrywki jest banalna. Do tego jakość wykonania, szata graficzna i cena spotkały się z dużą aprobatą. Cieszył też mały format gry, przez co nie zajmowała dużo miejsca na stole, a samo pudełko mieściło się spokojnie w głębszej kieszeni. Pochwalono też instrukcję, która szczegółowo i rzetelnie wprowadzała w zasady gry.

Co przyjęto neutralnie:
Ciężko powiedzieć czy neutralnie czy negatywnie, ale chodzi o format teksty i tego ile go się znajduje na kartach. Z jednej strony świetnie że każda karta ma tyle zastosowań, ale z drugiej ciężko się to wszystko czyta. Gracz ma już problem z ogarnięciem swoich kart, a co dopiero czytać wystawione przez przeciwnika które dla niego są "do góry nogami". Z tego powodu przez większość partii w tle co chwilę słychać "co tam jest napisane?".

Co wkurzało:
Brak klimatu gier z starych konsol. Dużo osób sięgając po ten tytuł sugerowało sie tytułem i po otwarciu pudełka widać było lekki zawód na ich twarzach. Niby wszystko ładne, ale jakieś takie mało pikselowe.

Porządna gra bez nowości

Tak najprościej można opisać Waleczne piksele. Jest to dobra gra, choć wyraźnie brakuje jej pełni klimatu oddania tematu oraz początkowo może przyprawić o ból głowy ilością tekstu zawartego na kartach. Nie wprowadza też żadnych unikalnych mechanik, jednak z drugiej strony to nie jest wada, gdyż rozgrywka przebiega płynnie, a ilość dróg prowadzących do zwycięstwa jest całkiem liczna. Mamy tutaj do czynienia z typową, dwuosobową grą taktyczną, formatu prawie kieszonkowego. Jest agresywna, ma niski downtime i jest mózgożerna, czyli ma wszystkie cechy dobrej gry dla miłośników strategii. Nie jest też droga, a wykonanie stoi na wysokim poziomie, więc jeśli liczy się dla was bardziej mechanika niż klimat, to zdecydowanie warto sięgnąć po Waleczne piksele.

Plusy:
+ błyskawiczna w nauczeniu
+ ogrom możliwości łączenia kart
+ każda karta ma kilka wariantów zastosowania
+ możliwość wskrzeszania pokonanych jednostek
+ nie zajmuje dużo miejsca
+ solidne wykonanie
+ dobrze napisana instrukcja
+ cena

Minusy:
- bardzo drobny tekst na kartach
- brak klimatu gier na stare konsole
- zanim nauczymy się kart minie bardzo dużo czasu

Ocena - 7/10

Wydawca: Portal
Liczba graczy: 2
Wiek: 12+
Czas gry: 45 minut
Cena wydawcy: 55 zł
Typ: Taktyczna

Dziękuję wydawnictwu Portal za przekazanie gry do recenzji.