2 września 2013

Grzegorz Lipski - Miasto z morza mrocznych wrażeń

W moim dowodzie, w rubryce "Miejsce urodzenia" mam wpisane Warszawa, jednak nasza stolica jest mi obca, choć nie dosłownie. Nie czuję się w ani jednej cząstce warszawiakiem tylko gdynianinem, wychowanym na Pogórzu Górnym w latach kiedy tą dzielnicę nazywano "Krainą latających noży i kapusty". Była nią w istocie przez niemal całe lata 90-siąte. Młodociane gangi zajmujące się kradzieżą i "przeróbką" samochodów, transfer miękkich narkotyków, zapici menele pod blokiem, śmierdzące piwnice i naćpany wariat z mojej klatki latający po osiedlu z siekierą, za jakimś idiotą z ulicy Żelaznej, który był na tyle głupi, że zapuścił się na nasz teren. To była moja codzienność widziana oczami dziewięciolatka z okna drugiego piętra bloku przy ulicy Romanowskiego 56. Podobny obraz z pocztówki, tylko bardziej pomiętej przez życie i politykę, mają dwaj główni bohaterowie powieści "Miasto z morza mrocznych wrażeń", którzy wychowali się na ulicy Zamenhofa w Gdyni Grabówek, niemal na granicy z Gdynią Chylonia. Marek i Siwy, dwaj kumple z jednej klatki wiedli dzieciństwo pośród pijaków, narkomanów, dilerów i gangów w mieście nazwanym przez media najpiękniejszym nadmorskim miastem Europy. Tym które zyskało bardzo dużo na upadku PRL-u w 1989 roku. Ale jak każda moneta ma dwie strony, tak i Gdynia posiada swoje drugie oblicze. Swoje prywatne getto.

Narkotyk i nałóg

Akcja książki dzieje się dwutorowo, opowiadając osobno historię Marka, pracownika jednej z gdyńskich korporacji handlowych, i Siwego, robiącego od młodzieńczych lat w narkobiznesie.Wprowadzenie opisuje losy wspólne dla obu bohaterów, jednak później rozdziały szybko rozwarstwiają czas akcji. Te dotyczące Marka opisują jeden tydzień jego pracy, dziejąc się w czasach obecnych, zaś rozdziały poświęcone Siwemu przenoszą nas do lat 90-tych oraz okresu ubiegłych lat XXI wieku. Obie postacie posiadają tyle samo różnic co podobieństw, gdyż pokazują czym jest nałóg, choć w dwóch całkiem odmiennych formach.

Pierwszym są narkotyki, z którymi współczesny człowiek chyba najłatwiej kojarzy uzależnienie. Tabletki, biały proszek, jointy, to świat w którym obraca się Siwy od swoich siedemnastych urodzin, wprowadzony do narkobiznesu przez swego mentora, o wdzięcznej ksywie Mutant. Późniejsze lata pokazują jak Siwy wspinał się po kolejnych szczeblach tego rynku, wypaczając coraz bardziej swój umysł. Uzależnienie od łatwego seksu, "substytutów szczęścia" oraz alkoholu przylgnęły do niego błyskawicznie. Z jednej strony czytelni widzi tutaj wszelkie stereotypy związane z medialnymi kampaniami przeciwko narkotykom, z drugiej zaś rozpacz człowieka, który miał to nieszczęście, że urodził się w rodzinie gdzie uczciwie pracując jest się wyzyskiwanym przez własne miasto i traktowanym z automatu jako "coś" gorszego.

Postać Marka wcale nie jest szczęśliwsza.Codzienna rutyna życia za minimalną pensję, która ledwo pozwala żyć samemu na 30 metrach kwadratowych, bombardowana ciągle reklamami z pod znaku "Musisz to mieć", szybko staje się nałogiem z którego nie ma odwrotu. Pozbawiony wolności, twarzy i spokoju, zarówno w pracy jak i życiu codziennym, szuka ucieczki w internecie, gdzie teoretycznie każdy może być bezimienny lub udawać kogo tylko zechce. Ten współczesny, medialny narkotyk, jest szeroko propagowany przez wielkie hasła "Gdynia miasto marzeń", w którym politycy przechwalają się jak to dostarczają dobrobyt mieszkańcom ich wspaniałego miasta. Marek, pracujący na co dzień w jednej z korporacji, wie doskonale jak obłudna jest to gadka.

W ten sposób autor przedstawia czytelnikowi dwa, teoretycznie odmienne, ale tak naprawdę bliźniacze używki. Narkotyki i konsumpcję. Propagandę i medialne kłamstwo. Wyniszczenie ciała oraz duszy. Oba są silnymi stymulantami "poprawy nastroju". W pierwszym widzimy słoneczniki na zielonej polanie, zaś w drugim kolorowe, niczym tęcza reklamy, pozwalające nam zapomnieć o własnym imieniu. Odrywają nas od egzystencji i napędzają pieniądze tym którzy ich nie używają, a jedynie serwują swoim klientom.

Getto

Autor już na samym starcie zadaje pytanie "Po roku 1989 Gdynia z różnych przyczyn należała do miast, które skorzystały na transformacji. Skorzystało miasto... Ale czy skorzystali na tym wszyscy jego mieszkańcy?". Niemal od razu czytelnik dostaje zobrazowaną odpowiedź w formie swoistego opisu getta socjalnego, składającego się z wielkich blokowisk na ulicy Zamenhofa. Betonowa dżungla, jak to trafnie określił Grzegorz Lipski, była niczym innym jak swoistym więzieniem dla wszelkiej maści ludzi skazanych na zapomnienie w brudzie, biedzie i tanim alkoholu cuchnącym siarką. Mimo masy uczciwie pracujących mieszkańców tam mieszkających, miejsce to szybko stało się siedliskiem "śmiecia", którego chciały się pozbyć władze miasta. dali socjal, wpakowali ich w małe klitki i zapomnieli o ich istnieniu bo tak było wygodniej. Wydaje się to brzmieć jak absurd, ale niestety jest to brutalna prawda. Miejsc tego typu było swego czasu w Gdyni więcej, choć obecnie dzięki nowej polityce władz miasta ich ubyło, a część po prostu przeniesiono do mało znanych dzielnic.

Na zadane pytanie autor nie odpowiada wprost. Tak naprawdę opisuje on realia współczesne jak i te sprzed 20 lat na tyle umiejętnie, że czytelnik sam buduje odpowiedź.

Bezimienna twarz

Kolejną mroczną miasta z morza i marzeń jest jego wyzysk. Nie jest to coś nowego, gdyż każde prężnie rozwijające się miasto wysysa z swych mieszkańców krew w ilości większej niż powinno. Odpowiedzialne za to są duże firmy i korporacje, zatrudniające ludzi za psie pieniądze, zaś wymagające od nich tytanicznej pracy, wiecznego uśmiechu na twarzy i samych sukcesów, bo przecież "na miejsce każdego pracownika czeka trzydziestu chętnych". Ucieczką, niestety zgubną, od tej szarej, a w zasadzie niemal czarnej, rzeczywistości jest internet. Czemu niestety? Gdyż w nim potrafimy zatrzeć i tak już mocno zniekształcony codziennością obraz samego siebie. Jako anonimy wylewamy tam żale na wszystko co nas spotyka w życiu - pracę, urzędników, los, szefów. Zatracamy poczucie wartości samych siebie, niczym narkomani na głodzie, którzy są gotowi sprzedać ostatnią porcję chleba za szczyptę białego proszku.

Autor zwraca też uwagę na inne oblicza nadmiernego konsumpcjonizmu jak pęd. Pęd za karierą, pieniędzmi, seksem. Po prostu materializmem. Pęd za byciem niczym nie wyróżniającym się ludzikiem w rzece klonów, bo tak głoszą kolorowe reklamy i media. Bo tak chcą ci, którzy na naszej ciężkiej pracy się bogacą, nie musząc dawać nic w zamian.

Niemy krzyk Gdyni

Przyznaję, że książka nie zaskoczyła mnie w tematyce totalnie niczym nowym, a jednak przykuła na tyle mocno, że po jej zakończeniu byłem wściekły na miasto które kocham. Właściwie nie na miasto, a na ludzi którzy przez nie wyzyskują jego mieszkańców, niszcząc powoli w nich to co dobre, światłe i kolorowe. Z początku kompletnie nie rozumiałem okładki książki, ale później do mnie dotarło jej przesłanie. Bezimienne, odarte z godności ciało, przygniecione kolorową propagandą na plaży miasta z morza i marzeń. Czy tak ma wyglądać przyszłość mieszkańców Gdyni? Miasta które w tabelkach rynkowych jest jednym z najdostatniejszych miast w Polsce.

Czy będziemy takim Siwym lub Markiem? A może jednym i drugim na raz? Na te pytania sami musimy sobie odpowiedzieć. Grzegorz Lipski odarł Gdyński sen z kolorowej, medialnej propagandy i pokazał czytelnikom prawdziwe oblicze miasta, a raczej jego drugą stronę. Tą o której, dla świętego spokoju, się nie mówi. Dał nam wskazówki, ale to my musimy je poskładać w odpowiedź.

OCENA 9/10

Autor: Grzegorz Lipski
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Rok wydania: 2013
Cena okładkowa: 28 zł 
Okładka: miekka
Stron: 198

Dziękuje mojej przyjaciółce Zosi P. za podsunięcie książki do recenzji :)