3 stycznia 2014

Unboxing #13: Dreadfleet

Na zakończenie 2013 roku pod choinką znalazłem duże pudło, a w nim grę, o której marzyłem od czasu kiedy niejaki Zgrzyt z Game-Troll TV zaprezentował jej recenzję. Oczy mi zalśniły, palce błyskiem wystukały na jednym z sklepów tytuł i szybko wróciłem na ziemię ostudzony ceną. Jednak pragnienie pozostało i trawiło moje ciało. W końcu jednak dwa tygodnie temu zostało ugaszone, gdyż w moje pajęcze szpony wpadł w końcu Dreadfleet - mówiąc w skrócie, Warhammer na morzu, pozbawiony elementu kolekcjonerskiego, gdyż gra jest w pełni samodzielna. Wielkie pudło wypełnione gotowymi do sklejenia, a później pomalowania, figurkami statków, potworów, wraków i fortec. Do tego karty, unikalna plansza z materiału oraz obszerna instrukcja. Słowem, żyć nie umierać.

Cena sugerowana Dreadfleet to aż 349 zł, jednak i-szop.pl informuje że grę można już dostać za 235-320 zł na aukcjach oraz od 295 zł w górę w sklepach internetowych. Nakład gry jest jednak obecnie na wyczerpaniu, gdyż wydawca, firma Games Workshop, zapowiedział że nie będzie dodruków tego tytułu. Z tej też przyczyny pozostało obecnie niewiele egzemplarzy Dreadfleet w obiegu. Gra jest warta każdego grosza, jaki widnieje na cenie, gdyż wielkie pudło mieści w sobie niby mało ilościowo, ale wiele pod kątem jakości. Mamy zatem:
* 98 stronicowa instrukcja (a raczej podręcznik)
* olbrzymia, płócienna mata morska (plansza)
* 10 okrętów
* 10 elementów otoczenia
* 7 kog
* 1 smok
* 1 sterowiec
* 7 wysp
* 5 wraków
* 3 potwory morskie
* 5 znaczników skarbów
* 12 kostek
* 1 znacznik waitru
* 2 koła sterowe
* 1 miarka nawigacyjna
* 10 kart okrętów wojennych
* 55 kart obrażeń
* 40 kart przeznaczenia
* 12 kart Auxiliary (dla kog, potworów itp)
* 10 kart ran
* 10 różnorodnych kart

Zacznijmy od instrukcja bo ta jest bardzo obszerna. Jednak nie trzeba czytać całej, gdyż niemal połowa to scenariusze, porady jak tworzyć scenariusze, wstawki fabularne biografii kapitanów występujących w grze i ich okrętów oraz tym podobne dodatki. Mamy też sporo zdjęć, pokazujących jak statki powinny wyglądać w zamyśle autorów gry. Dodano też, do tego na samym początku, indeks słów kluczowych wraz z objaśnieniami, co bardzo pomaga przebrnąć przez cały podręcznik. Spis treści szalenie pomaga w poruszaniu się po tym zeszycie, co przyda się podczas pierwszych rozgrywek.

Poradnik jak skleić poszczególne modele dostępne w grze, a więc statki, potwory, kogi, wyspy itp, autorzy zamieścili na brzegach denka pudełka. Na ramkach trzymających komponenty wytłoczono przy każdym elemencie literę, dzięki czemu nie pomylimy niczego i łatwo skleimy całość. Na ty polu czeka nas sporo pracy, gdyż największym wyzwaniem są okręty wojenne, często składające się z 5-10 części. Oczywiście jakość wykonania i dbałość o detale jest przeogromna, dlatego już choćby dla samego kunsztu i kolekcjonerskiej smykałki warto nabyć Dreadfleet. Niestety w pudełku nie ma gąbki do przechowywania modeli, a tą, z tego co widziałem na sieci, można nabyć w oficjalnym sklepie Games Workshop, jednak nie wiem ile kosztuje. Prawda jest taka, że bez pojemnika na modele, łatwo będzie można je zniszczyć, więc lepiej zainwestować dodatkowe pieniądze w te akcesoria zanim w ogóle pomyślimy o malowaniu. Tu też czeka nas spory wydatek, bo kolorów jakie będą nam potrzebne jest ogromna ilość, choć to zawsze można częściowo rozwiązać po przez mieszanie podstawowych bar, aby uzyskać nowe.

Nie ma co się czarować, zanim przystąpimy do grania czeka nas masa pracy, jednak z pewnością będzie warto ten czas poświęcić, aby potem rozkoszować się grą. Szczególnie że sam widok maty, z delikatnego materiału, okraszonego bajeczną grafiką morza, pobudza wyobraźnię. I tu lepiej uważać na płeć piękną nie zajmującą się tego typu rozrywką, gdyż z pewnością chętnie sięgną po matę, aby przerobić ją na chustę lub szal (moja żona chciała to zrobić jak tylko rozpakowałem pudło z grą :P).

Karty też są porządnie wykonane oraz opatrzone solidnymi grafikami, zaś poziom zaawansowania języka angielskiego na nich określiłbym mianem "podstawowy". Przynajmniej w rozumieniu gier kolekcjonerskich. Dodatkowo w pudełku znajdziemy paczuszkę woreczków strunowych, co jest bardzo miłym gestem od strony wydawnictwa, bo z pewnością przydadzą się na karty i drobne znaczniki występujące w grze.

Co cieszy:
* olbrzymia ilość modeli
* arcygenialna mata morza
* fantastyczna jakość wydania i dbałość o szczegóły na modelach
* zasady zapowiadają się prosto
* wielkie pudło wypełnione po brzegi komponentami
* woreczki strunowe
* cena w pełni adekwatna do zawartości
* tylko połowa instrukcji to opis zasad...

Co budzi wątpliwość:
* ...ale to jednak nadal niemal 50 stron
* zanim zaczniemy grać czeka nas sporo składania i sklejania
* spore dodatkowe koszta związane z farbkami
* czas potrzebny na pomalowanie wszystkiego
* niska dostępność na rynku
* brak gąbki do przechowywania modeli (kolejny wydatek)

Domniemany poziom ryzyka podczas kupowania "w ciemno":
W normalnych okolicznościach powiedziałbym że wysoki, jednak gra jest targetowana do ludzi mocno zakorzenionych w bitewniakach i grach planszowych. Dlatego finalnie przystanę przy średnim poziomie ryzyka. Gra jest wielka i warta swych pieniędzy, jednak trzeba w nią sporo zainwestować (klej, farbki, pędzelki, czas) oraz nabyć odpowiednio wyprofilowany pojemnik z gąbki na modele, gdyż inaczej nam zniszczeją. Więc jeśli ktoś ma przede wszystkim fundusze i spokój aby dodatkową inwestycję rozłożyć w czasie, to polecam kupić Dreadfleet. W innym wypadku lepiej najpierw zagrać i się zastanowić czy będziemy mieli z kim grać, gdyż ta gra nie należy do tanich inwestycji.