3 lutego 2015

Wielka Szóstka

Nie jestem jakimś zagorzałym miłośnikiem amerykańskich komiksów o super herosach, ale wiadomo że wychowując się w latach 90-tych, czytało się Batmana, Punishera, Spawna, Spider-Mana i... Kaczora Donalda. Owszem, właśnie taki zestaw komiksów co miesiąc (w przypadku ostatniego co dwa tygodnie) przynosiłem z kiosku do domu, na co szło dość sporo mojego skromnego kieszonkowego. Jednak obecnie w dorosłym życiu, od kiedy pracuję stać mnie aby zainwestować pieniądze w droższe albumy, które koło wiecznie zbieranego Asteriksa i Thorgala, zaczynają się pojawiać na moich półkach. Dochodzą do tego też pozycje anglojęzyczne, niedostępne w naszym kraju, oraz pożyczone. Jednym z tych drugich była seria Big Hero 6, która spodobała mi się, ale nie na tyle aby po lekturze musieć koniecznie ją kupić. Gdy dowiedziałem że Disney na bazie tej krótkiej serii robi animację, byłem pełen obaw. Po dziś dzień nie podoba mi się fakt, że kupili oni Marvela, a to ze komiks był adresowany zdecydowanie do starszego widza, wcale nie poprawiał mi humoru. Kiedy pojawiły się plakaty i pierwszy zwiastun, myślałem że mnie krew zaleje. To jak zmienili postacie Honey Lemon i Go Go Tomago czy Wasabi, prosiło się o srogie baty żelaznym prętem. Jednak mimo tych oporów skusiłem się i o dziwo zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Fabuła filmu luźno nawiązuje do komiksu, biorąc z niego postacie oraz miejsce i czas wydarzeń. Mamy odległą przyszłość, robotyka to codzienność, a zaawansowana AI jest wszędzie. Głównym bohaterem tej opowieści jest Hiro, który pakuje się co chwila w kłopoty, w przeciwieństwie do swego starszego brata Tadashiego. Ten spędza czas w "Szkole dla kujonów" (Nerd School) i stara się do tego nakłonić Hiro, który mimo swego 14-letniego wieku jest prawdziwym geniuszem w dziedzinie robotyki. Ostatecznie udaje mu się to, przedstawiając go swoim zwariowanym kolegom oraz prezentując Baymaxa - robota medycznego o bardzo dobrotliwej naturze. Niestety niedługo potem, podczas prezentacji mikrobotów na targu robotyki, dochodzi do wypadku, w wyniku którego Tadashi ginie w pożarze. Hiro załamany, osamotniony i pozbawiony celu w życiu odnajduje w pokoju brata Baymaxa. Zaraz potem trafia przypadkiem na trop sugerujący, że pożar nie był dziełem przypadku, a jego mikroboty ktoś ukradł.

Scenariusz wydaje się być przewidywalny i schematyczny do bólu, jednak na szczęście taki nie jest. Po pierwsze dzieciom (a to do nich kierowana jest ta produkcja) wcale nie tak łatwo rozszyfrować kto jest tutaj super złoczyńcą i walczy z tytułową Wielką Szóstką. Jego pobudki są jeszcze trudniejsze do rozwikłania, nawet dla dorosłych, dlatego gdy w końcowych etapach filmu poznajemy szczegóły, doznajemy zaskoczenia tym że film nie potoczył się tak jak można by się spodziewać. Dodatkowo bardzo umiejętnie stworzono tutaj postacie. Ich przemiana w super bohaterów nie jest nielogiczna, zachowują się jak ludzie i tak naprawdę jedynym celem jest poznanie prawdy o pożarze w którym zginął Tadashi.

Kwintesencją humoru jest oczywiście dobroduszny Baymax i jego bezpośrednie zachowanie. Robot uczy się nowych rzeczy, ale nadal jest robotem, który wykonuje swój nadrzędny program - pomaga ludziom. Stara się być lepszym opiekunem w myśl logiki, jednak nie mamy tutaj do czynienia z nauką taką jak w Terminatorze, gdzie maszyna zaczęła poznawać co to człowieczeństwo. Z drugiej strony wpływa on bezpośrednio na relacje pomiędzy Hiro a jego nową paczką przyjaciół. Ci też są dość różnorodni, od pedantycznego Wasabi przez roztargnionego Freda czy Honey Lemon po twardo stąpającą po ziemi Go Go Tomago.

To co jednak mnie, jako osobę znającą serię komiksową, wkurzało to fakt ostrych zmian w odniesieniu do postaci. Po pierwsze w imię "równości i tolerancji politycznej" zamieniono Wasabiego w murzyna. Nie jestem rasistą, nigdy nie byłem i nie będę, ale do diabła, jeśli na czymś się wzorujemy to trzymajmy się zasad. W komiksie mamy do czynienia z Azjatą, który zna sztuki walki, walczy mieczami, ma zdolność tworzenia z energii Qi paraliżujących sztyletów i jest szefem kuchni w jednej z restauracji. Teraz dostałem czarnoskórego nerda o pedantycznym stylu życia, walczącego plazmowymi ostrzami. Jak broń jeszcze można wybaczyć, tak niczym nie poparta w logice zmiana rasowa po prostu boli. Podobnie jest z Honey Lemon. Wcześniej dorosła, seksowna kobieta (tak samo jak Go Go Tomago), posiadająca torebkę z schowanym "urządzenie" między wymiarowym, zamieniła się w roztrzepaną nastoletnią okularnicę. Fred stracił zdolność tworzenia fizycznej iluzji jaszczura i dostał kiepski kostium, a Baymax z olbrzymiego ochroniarza, stał się robotem-pianką. No potem Hiro dał mu pancerz, choć nie tak morderczy jak ten w oryginale.

Mimo tych rażących zmian w osobowościach głównych postaci, cały film zachował w praktyce swą konwencję. Główna paczka nie ratuje świata, tylko ma swój własny interes, czarny charakter jest bardzo ludzki w swych pobudkach, a całość ma bardzo pozytywny wydźwięk i stawia przyjaźń oraz zdrowy rozsądek ponad zemstę. Dlatego przemiana Baymaxa nie boli tak jak Honey Limon czy Wasabiego, a Wielką Szóstkę ogląda się przyjemnie. Nie mamy tutaj do czynienia z kinem wybitnym, ale bardzo dobrym, ładnie zrealizowanym oraz trafiającym do młodszej publiki. Chciałbym kiedyś zobaczyć produkcję oddającą dosłowność komiksu, jednak przeprowadzony przez Disneya zabieg okazał się solidny. Moja żona, nie znając komiksu, nie odniosła negatywnych wrażeń z zmianą postaci i tytułowa paczka bohaterów przypadła jej do gustu (szczególnie Wasabi). Ja patrzyłem mniej przychylnym okiem, ale też bawiłem się świetnie.

Ocena Marty - 8/10
Ocena Artura - 7/10

Ocena finalna - 7,5/10