3 lipca 2014

Ja, Frankenstein

Nie należę do wielbicieli serii Underworld, choć widziałem wszystkie części i nawet mi się podobały, niemniej uznałem je za rozrywkę jednorazową. Z tego powodu podszedłem w podobny sposób do Ja, Frankenstein, za którego reżyserię i scenariusz odpowiada Stuart Beattie, twórca takich filmów jak Australia, G.I. Joe, Zakładnik czy 30 dni mroku. Jest to reżyser który ma na swoim koncie zarówno produkcje rewelacyjne, jak i naprawdę słabe, choć kompletnymi gniotami bym ich nie nazwał. W tym wypadku wiedziałem, że do kina się nie wybiorę i sięgnę po DVD, choć i z tym nie będę się spieszyć. Czy dobrze zrobiłem? Cóż, nie ukrywam że Ja, Frankenstein mnie bardzo pozytywnie zaskoczył, gdyż moje oczekiwania po obejrzeniu zwiastunów były raczej niskie, jednak nie na tyle abym żałował szansy zobaczenia go na większym ekranie niż 30 cali. Mimo kilku naprawdę durnych zagrań w scenariuszu, sam pomysł reżyser poprowadził o dziwo ciekawie, przykuwając moją uwagę na półtorej godziny.

Sam początek tej historii jest pobieżnym streszczeniem wydarzeń znanych z książki (lub filmu) pod tytułem Frankenstein. Opowiada ją nam tytułowe monstrum stworzone przez naukowca Wiktora Frankensteina, który zmarł na morzu Arktycznym w pogoni za swoim dziełem, pragnąc zemsty za życie ukochanej żony. Potwór, będąc nieśmiertelny, zabiera zwłoki swego ojca i zanosi je na rodzinny cmentarz, gdzie atakują go demony. Nie rozumiejąc czemu nagle stał się celem i kim jest tajemniczy Naberius o którym wspominają, podejmuje nierówną walkę o życie. Z pomocą przybywają dwa gargulce, odwieczni wrogowie demonów i strażnicy Ziemi, pozostawieni tutaj przez samego archanioła Michała. Zabierają go do swej królowej, któa nadaje monstrum imię - Adam. Od tej chwili potwór Frankensteina, mając imię przemierza świat w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, jakie jest jego miejsce na ziemi? Naberius jednak nie zamierza rezygnować z walki i wypuszcza w ślad za Adamem swe sługi.

Fabuła jest bardzo prosta i niemal wszystkie jej wątki przewidzimy zanim na dobre się rozkręcą. Niestety, jak wspomniałem na wstępie, scenariusz nie jest pozbawiony kilku poważnych głupot, choć słowo "idiotyzmów" jest tutaj bardziej na miejscu. Mimo to całość ma sens i działa poprawnie, zaś na samym końcu dostajemy nie najgorszą puentę. 

Aktorstwo stoi w całym filmie na przyzwoitym poziomie, jednak nie mamy tutaj do czynienia z podrzędnymi aktorami, tylko ludźmi faktycznie znającymi się na swoim fachu. W tytułową rolę wcielił się Aaron Eckhart, który z swego zadania wywiązał się najlepiej. Jego postać jest ponura, ale nie mroczna, stawia tylko na siebie i nie szuka przyjaciół, choć nie pogardzi darmową pomocą. Jedynymi osobami, a raczej gargulcami, które w pewien sposób ceni to Keziah (Caitlin Stasey) i Ophir (Mahesh Jadu), para która ocaliła mu życie na cmentarzu, gdy poszedł pochować swego stwórcę. Oni też szybko zapadają w pamięć widzom, gdyż z wszystkich gargulców, tylko ta dwójka przejawia wszystkie uczucia bliskie ludziom. 

Niemal całkowicie na dalszy plan zostaje zepchnięta Naberius, główny antagonista tej historii. Wcielił się w niego Bill Night, dobrze znany z podobnej roli fanom Underworld, jednak tutaj nie wypadł on tak dobrze. Za bardzo upodobnił swego bohatera do postaci Viktora, jednego z przywódców wampirów. Miejscami miałem wrażenie, że oglądam dosłownie sceny wyjęte z Underworld tylko w nieco innej oprawie. Podobny los, choć z innego powodu, spotkał gargulca Gideona (Jai Courtney) będącego przybocznym królowej. Ta postać również szybko wypada z pamięci, gdyż po prostu jest całkowicie przewidywalna w swoich poczynaniach i widz niemal od początku wie jak skończy.

Technicznie film jest średni. Nie mamy tutaj do czynienia z efektami komputerowymi jak w Avatarze, ale są one na dostatecznie dobrym poziomie, więc nie kłują za bardzo w oczy. Widz dostaje to na co przygotowały go zwiastuny - sporo walki na broń biała i szpony oraz wkurzonego Aarona Eckharta tłukącego demony po pyskach i odsyłające ich do piekła w strumieniu ognia. Całość oprawiono całkiem miłą dla ucha oprawą muzyczną oraz nieco kiczowatym finałem.

Ja, Frankenstein to jednorazowa rozrywka, choć zapewne nie każdemu się spodoba, gdyż widział już tą fabułę w kilku innych produkcjach. Nie zaskakuje ona widza niczym szczególnie nowym, ale całość zmontowano poprawnie, za co należy się pochwała. Nie żałuję czasu spędzonego przed telewizorem oraz tych kilku złoty za wypożyczenie DVD, jednak wiem że nie wrócę już do tej produkcji. Ot taka jednorazówka do obejrzenia przy piwie, gdy nie ma innych alternatyw na wieczór lub po prostu nie chcę nikomu się wysilać po ciężkim dniu spędzonym w pracy. 

Ocena - 6/10

Gatunek: fantasy
Produkcja: USA
Czas trwania: 92 min
Premiera: 16 stycznia 2014 (24 stycznia w Polsce)
Polski dystrybutor: Kino Świat