22 sierpnia 2019

Daredevill: Frank Miller #1

Gdy nadarza się okazja, to staram się sięgać po stare wydania przygód superbohaterów, aby poznać ich przeszłość. Najczęściej jest to lektura... toporna, szczególnie ta z lat 70-tych i 80-tych. Nie inaczej było w przypadku Daredevila, czy też jego przygód rysowanych i częściowo pisanych przez Franka Millera. Postać Matta Murdocka, niewidomego adwokata, który dzięki swym wyostrzonym zmysłom lata nocami po ulicach Nowego Jorku (no bo gdzieżby indziej) w opiętym kostiumie, nigdy nie była mi szczególnie bliska. W dzieciństwie miałem z nią do czynienia kilka razy, głównie za sprawą komiksów o Elektrze albo Czarnej Wdowie, przywiezionych przez kuzyna z Anglii. Coś nawet zdobyłem dzięki TM Semic, ale kompletnie już nie pamiętam jakie to były zeszyty. Obecnie najczęściej spotykam tego bohatera w przygodach Deadpoola, które lubię śledzić. Jednak chciałem poznać przeszłe przygody tego trykociarza, więc sięgnąłem po album okrzyknięty bestsellerem i... nie dałem rady.

Pierwsze co mnie zwyczajnie odrzuciło, to sposób prowadzenia narracji. Niestety, z perspektywy czasu stwierdzam, że był on mizerny i naprawdę nie wiem, jak za dzieciaka mogły mi się podobać takie rozwlekłe, pełne sztucznego dramatyzmu wprowadzenia lub przemyślenia postaci. Dziś mnie to zwyczajnie nuży. Zresztą same kwestie wypowiadane przez bohaterów i antagonistów są cholernie słabe. Nic dziwnego, że co drudzy non stop przegrywają, skoro prowadzą rozwlekłe nomologii o niczym. Wyśmiano to współcześnie w wielu filmach, w tym nawet animacji "Iniemamocni", która pięknie szydziła z trykociarzy. Drugiej części jak na razie nie oglądałem, więc nie wiem czy się udało to pociągnąć. Niemniej w tutaj omawianym komiksie, gadki złoli są po prostu nudne i nieciekawe. Przynajmniej dla osoby mojego pokroju, która nie przesiąkła światem superbohaterów do szpiku kości.

Kolejną wadą są same ksywki złoli. Już na star otrzymałem ekipę zwącą się Nieświętą Trójcą. Nosz ja pier.... niczę. W jej skład wchodzi człowiek małpa, człowiek kot i człowiek ptak. Przy czym pierwsi dwaj, to faktycznie humanoidalne zwierzęta. Jednak głównym antagonista tego albumu jest Bullseye, typ który potrafi zręcznie rzucać... wszystkim. Gość nie ma jakichś nadludzkich umiejętności, ale po prostu potrafi ciskać czymkolwiek w cokolwiek, przy czym prawie zawsze trafia. Do tego nosi obcisły (i dla mnie głupi) strój, przechwala się i jest nudny. Szczerze powiedziawszy, lektura jego starcia z Murdokiem bardzo mnie wymęczyła, mimo że w całej historii, jak i kilku innych, przewija się ciągle Czarna Wdowa. Daleko jednak jej do Nataszy, którą lubię z filmów MCU.

Oprócz tego natrafiłem na zeszyt z Hulkiem, Doktorem Octopusem, czy śmiesznym gościem zwącym się Oprawcą. Poważnie, od groma tych arcyłotrów, a co kolejny to głupszy. Do tego najczęściej działają w pojedynkę, więc kończą zawsze tak samo. Album, jak i całą serię, mogę polecić jedynie zatwardziałym fanom Daredevila oraz kolekcjonerom. Innym osobom zwyczajnie nie umiem tego dać do ręki, bo boję się, że laik zwiałby gdzie pieprz rośnie po przeczytaniu pierwszego zeszytu. Zdecydowanie lepiej zacząć przygodę z Marvelem od innych pozycji. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza