4 sierpnia 2014

HellSpace: Piekło kosmosu - Rozdział 7, part 2

SYSTEM DAVIL
ORBITA PLANETY DANAR
KRĄŻOWNIK "ARES"
DO SPODZIEWANEGO ATAKU NA PLANETĘ POZOSTAŁO 20 GODZIN I 05 MINUT

     Milou siedział w głównym hangarze, paląc niemrawo swoją fajkę. Jakimś cudem udało im się zebrać wszystkich rozbitków z "Korsyndiusza" i wyjść cało z tego koszmaru nim przybyły główne siły nieprzyjaciela. Sam "Korsyndiusz" uruchomił napęd podprzestrzenny i zachowując na pokładzie swą załogę szkieletową wszedł w podprzestrzeń. Jednak potem słuch po nim zaginął. Próbowano wywołać go przez radio podprzestrzenne oraz międzyplanetarne jednak na próżno. Krążownik wraz kapitanem i resztką swej załogi po prostu przepadł. Natomiast nikt z ludzi Milou nie pozostał tam, na tym ponurym cmentarzu. Dalej było ich osiemnastu.
     Spojrzał na Goliata, który podszedł do niego z kubkiem kawy. Podziękował i wziąwszy gorący napój, powoli zaczął go pić. Rosły mężczyzna usiadł naprzeciw swego dowódcy, wpatrując się przez dłuższą chwilę w milczeniu, jak ten pije. W końcu wyjął swoją srebrną papierośnicę, wybrał jednego z brązowych papierosów i zapaliwszy go, delektował się słodkawym dymem tytoniu horiońskiego.
- Są jakieś wieści z dwóch pozostałych krążowników? - spytał jakby od niechcenia Marcus.
- "Królowa Maria" się odnalazła i połączyła z nami dziesięć minut temu. Wylądowali co prawda w Davil, ale na jego drugim końcu. Będą tu za godzinę. Muszą doładować napęd podprzestrzenny.
- A "Sov"?
- Przepadł bez wieści tak jak "Korsyndiusz" - odparł ponuro Goliat i zaciągnął się mocno dymem. - Może jednak udało im się wejść cało w podprzestrzeń, zaraz za nami.
- Może...
- W każdym razie jakaś szansa, na to że przetrwali nadal jest.
- Tak... szansa zawsze jest, tylko...
- Nie zawsze jest okazja by ją wykorzystać - dokończył pospiesznie pilot.
- No właśnie.
- Lepiej idź się trochę przespać Marcus. Ponoć za dwadzieścia godzin może się tutaj zrobić naprawdę gorąco.
- Myślisz, że to przetrwamy? - spytał nagle Milou, sącząc dalej swoja kawę.
- Sądzę, że tacy pojechani debile jak my, zawsze wychodzą z takiego gówna cało. Bo w końcu ktoś musi je prędzej czy później posprzątać - zaśmiał się Goliat wstając i zadeptując niedopałek. - A kto inny zna się na sprzątaniu gówna lepiej od nas?
- Twoje poczucie humoru zawsze mnie rozbrajało.
- A mnie zawsze dobija twój spokój - zaśmiał się pilot. - Idź się lepiej przekimać. Jak znowu spotkamy naszych blaszanych przyjaciół, to wolę abyś był na pełnym chodzie. Nasi ludzie cię potrzebują.
- A ja was - odparł Milou i dopiwszy kawę, ruszył do swej kajuty.

SYSTEM VOLSIT
BAZA KOSMICZNA "ASTRA-5"

     Kiedy Richard wraz Alanem i Casidym weszli do hangaru, medycy już zajmowali się ocalałymi z drużyny Rovikola. Alan podbiegł do noszy na których leżał, jęczący Zoltar i spojrzał z przerażeniem na jego zakrwawioną twarz, przysłoniętą w połowie opatrunkiem.
- Nic mu nie będzie - szybko zapewnił go lekarz. - Ale stracił lewe oko. Wstawimy mu implant.
- Boże Wszechmocny. Jakie straty? – spytał Richard.
- Grupa Sigma wybita do nogi, z Bety przeżyło pięciu, siedmiu zginęło - zrelacjonował szybko dowódca ekipy ratunkowej. - Rovikol stracił pięciu chłopców.
- A ci co przeżyli? - dopytywał się Gambler.
- Dwóch ciężko rannych, najciężej horiończyk. Ponoć poszedł na szarżę, prawie go rozszarpali.
- Wyjdzie z tego?
- Bez szans. Daliśmy mu morfinę, nic więcej nie zdziałamy. Może gdyby wcześniej dostał pomoc medyczną, ale to i tak wątpliwe...
- Rozumiem. Przewieźcie ich jak najszybciej do skrzydła szpitalnego i opatrzcie - Richard podszedł do noszy Rovikola i wyjąwszy zza pazuchy piersiówkę, poczęstował. - Jak noga?
- Wyliżę się - odparł żołnierz i pociągnął spory łyk. - Ciął mnie mocno skórkowaniec, są cholernie szybcy. Co ciekawe nie używają broni palnej, ani promienistej ani konwencjonalnej, walczą tylko szponami.
- Ale za to skutecznie - wtrącił pospiesznie Flik, któremu medycy już opatrzyli odstrzelony koniec ogona. - Są piekielnie szybcy i zwinni jak wikole, do tego mają olbrzymią siłę. Ktokolwiek zbudował te maszyny, był geniuszem.
- To są cyborgi – odparł Alan.
- Że co proszę? – Flik nie krył szoku w głosie, a reszta grupy spojrzała zdziwionym wzrokiem na Alana
- To nie roboty, tylko cyborgi. Mają w sobie ludzki mózg – pospieszył z wyjaśnieniem Richard.
- A niby jak to się tam, kurwa, znalazło? – spytał się Rovikol. – Z całym szacunkiem, sir – dodał po chwili.
- Nie wiemy.
- Cudownie, walczymy z maszyno-ludźmi - warknął Flik.
- Marw wspominał coś, że ci goście używają starożytnego pisma - wtrącił szybko Rovikol. - Datował je na około sześć i pół tysiąca lat.
- To by mogło się zgadzać z tym co mówił Novix. Skamieniałe części czaszki i kręgosłupa też komputer datował na ten okres.
- Czym oni, do jasnej cholery, są?
- Nie mam pojęcia Al, ale ktokolwiek ich stworzył nie mógł mieć pokojowych zamiarów.
- Co teraz panie szefie? - dopytywał się Rovikol.
- Pozbądźcie się tego wraku czym prędzej. Przygotować całą flotę, za cztery godziny ruszamy na Danar.
- Szefie, pragnąłbym dodać że ten statek to mimo wszystko kopalnia wiedzy o naszym przeciwniku – dodał szybko Flik.
- Chuj mnie to obchodzi – warknął Richard. – Ma mi zniknąć sprzed mojej stacji. Jak chcesz go badać to z dala ode mnie. Komandorze Zorix.
- Słucham panie Gambler?
- Dostanie pan ode mnie jeden z naszych krążowników. Proszę na niego przenieść całą swoją załogę, przyda się każdy doświadczony dowódca.
- Dziękuję. Czuję się zobowiązany do...
- Daruj sobie pan te wasze wojskowe przysięgi. Zresztą ja go panu tylko pożyczam - dodał po chwili z uśmiechem Richard. - Alan skontaktuj się z Ambim i dowiedz czy wyrobią się w godzinę z naprawą waszego cudeńka. Jeśli nie to weź kogo chcesz z swoich i zapakujcie się na mój statek. Dołączycie do moich szturmowców.
- Wolałbym na swoim okręcie. Pewniej się tam czuję niż za sterami myśliwca.
- Jakiś ty się wygodny zrobił - odparł uszczypliwie Richard. - Lepiej wydawać rozkazy niż samemu tyłek narażać.
- Coś w tym guście - odparował Alan i poszedł do przyściennego telekomu.

***

- Nie da rady szefie, choćbyśmy stanęli na głowie.
- Jesteś pewien Taco?
- Dopiero co silnik wstawiliśmy, trzeba jeszcze go sprawdzić, zamontować, dać osłony...
- Dobra, dobra, nie rób mi tu wyliczanki. Ile czasu wam jeszcze to zajmie?
- Siedem godzin tak aby latał, dziesięć do dwunastu na wszystkie naprawy.
- Tyle nie mamy - stwierdził Alan ponuro.
- Nic na to nie poradzę. To delikatna robota.
- Trudno, więc dołączymy do oddziałów Richarda. Pogadaj z Ambim kogo potrzebuje, reszta pakuje się i za godzinę melduje w głównym hangarze.
- O.K.
     Taco przerwał połączenie i szybkim krokiem ruszył przez magazyn w kierunku hali remontowej. Ledwo przeszedł kilka kroków, gdy do jego uszu dotarł cichy szloch. Zatrzymał się na chwilę w miejscu, nasłuchując, po czym ruszył ostrożnie przed siebie. W końcu zobaczył samotną kobiecą postać, siedzącą skuloną na jakiś stalowych skrzyniach. Twarz przesłonięta, przez długie ciemne włosy, ukryta była między kolanami, a ręce kurczowo oplatały nogi. Zbliżył się do dziewczyny i lekko położył dłoń na jej ramieniu.
     Weronika podniosła błyskawicznie głowę, wpatrując się w niego mokrymi od łez oczami.
- Mała co się dzieje? Czemu płaczesz? - pilot podszedł do dziewczyny, a kiedy usiadł koło niej, ta zarzuciła mu ręce na szyję z głośnym szlochem. - Spokojnie, powiesz mi co się dzieje? Wiem że mamy ciężkie czasy, ale...
- To nie to - wybąkała dziewczyna po przez łzy, tuląc się do brudnej koszuli mężczyzny.
- A więc o co chodzi.
- O... o to... - urwała, po czym odepchnęła się od Taco, spoglądając mu przenikliwie w oczy. - Chodzi o to, że jestem niczyja.
- Jak to niczyja? A Kate czy twój ojciec to niby kim są dla ciebie.
- On nie jest moim ojcem a ona mą siostrą! Przygarnęli mnie.
- Przecież to nic złego, zresztą Ambi traktuje cię jak rodzoną córkę...
- Bo chce zagłuszyć swoje poczucie winy!!! - wykrzyczała niespodziewanie Weronika, tak że Taco przerwał w pół zdania. - Przygarnął mnie z litości!
- Kto ci takich bzdur naopowiadał?
- On sam.
- Jakoś ciężko mi w to uwierzyć.
- Usłyszałam jak... jak rozmawiał o tym z Novixem, nie zauważyli mnie.
- Podsłuchiwałaś?
- Nie! – zaprotestowała błyskawicznie Weronika. - Ja tam tylko byłam przypadkiem i usłyszałam jak rozmawiają o śmierci moich rodziców, że mnie wziął z litości, bo nie mógł sobie wybaczyć, że zginęli przez niego i...
- Aaa... to o to chodzi - Taco wypowiedział te słowa tonem detektywa, który rozwiązał właśnie arcytrudną zagadkę kryminalną. - Chyba źle zrozumiałaś swego ojca, nie to miał na myśli.
- On nie jest moim ojcem - oburzyła się dziewczyna.
- Tylko z medycznego punktu widzenia. Oficjalnie jest twoim pełnoprawnym opiekunem i ojcem.
- Kłamstwa, same kłamstwa. Wszyscy tu wszystko wiedzą tylko mnie się okłamuje i nie mówi prawdy - Weronika niemal wykrzykiwała te słowa waląc pięścią w metalową obudowę skrzyni na której siedziała.
- Zapomniałaś jeszcze o Kate - wtrącił z ironią Taco. - Ona też nie zna prawdy.
- Ona się nie liczy. To ja straciłam tam rodziców...
- A ona matkę - przerwał jej ostrym tonem. - Nie poznaję cię, nigdy nie traciłaś zimnej krwi. Choć tym razem masz prawo do tego aby obwiniać o wszystko cały świat.
- Ja chcę tylko dowiedzieć co się naprawdę stało - dziewczyna przysunęła się do przyjaciela i złapała go za ręce, ściskając mocno. - Proszę powiedz mi dlaczego mnie przygarnięto, co się wtedy wydarzyło - wpatrywała się przez chwilę w swego rozmówce, a łzy płynęły jej po policzkach.
- Lepiej będzie jak Ambi sam ci to powie - odparł Taco ocierając jej łzy z policzków. - Mnie wtedy tam nie było... na moje szczęście, bo inaczej byłbym już martwy.
- Nie rozumiem - Weronika była zupełnie zaskoczona.
- Miałem pilotować samolot, którym lecieli twoi rodzice i żona Ambiego. Ja i Novix - odparł z lekkim uśmiechem.
     Dziewczyna wpatrywała się oniemiałym wzrokiem w mężczyznę jeszcze przez dłuższą chwilę. Kiedy ten wstał i ruszył w kierunku wyjścia, Weronika powoli zeszła z skrzyni, po czym dołączyła do przyjaciela i razem udali się do hangaru.


SYSTEM SOXIA-9
KOLVIRSKI OKRĘT RADAROWY XC-903
PERYFERIA SYSTEMU PLANETARNEGO
DO GODZINY ZERO POZOSTAŁO 19 GODZIN  49 MINUT

     Francis Lokx wyszedł z dyżurki i oparł się plecami o ścianę. Jego ciemne oczy były głęboko zapadnięte, a biała skóra dużo bledsza niż u przeciętnego kolvirczyka. Wziął kilka głębszych wdechów i słysząc zbliżające się kroki, wstał chowając pospiesznie do kieszeni fiolkę z czerwonymi pigułkami.
- Dzień dobry panie kapitanie. Lepiej się pan już czuje? - spytał niski ovianin, z naszywkami mata na ramionach munduru. - Wygląda pan nadal trochę kiepsko, sir.
- Nic mi nie jest Zov. To tylko lekkie przemęczenie, nasz lekarz już postawił mnie na nogi.
- Fakt, że cudotwórca z niego. W takim razie wracam do swoich obowiązków, sir - mat zasalutował i odszedł.
     Kiedy tylko jego kroki ucichły, Lokx rzucił się pędem do najbliższej toalety i tam zwymiotował. Gdy bóle w brzuchu zaczęły ustępować, przepłukał usta, przemył twarz i drżącą dłonią wyjął pomarańczową fiolkę, którą ukradkiem zabrał z pokoju doktora Filiana, ich okrętowego medyka. Sam nie wiedział czy drży ze strachu czy narkotykowego głodu, ale w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Z trudem otworzył wieczko i wydobył trzy czerwone pigułki, które szybko włożył do ust. Kiedy je rozgryzł, przez chwilę na jego twarzy zagościł grymas odrazy, który szybko przeszedł w błogie zadowolenie. Oparł się o zlew i trwał tak chwilę w otępieniu. W końcu przepłukał jeszcze raz usta i spojrzał w swe zniszczone odbicie.
     Kiedyś był bardzo przystojnym mężczyzną, za którym szalały niemal wszystkie kobiety. Nie tylko kolvirskie, ale również ludzkie, oviańskie czy horiońskie. Cholera, kiedyś zalecała się do niego varianka, która nawet mu się podobała choć nie zawarł z nią bliższej znajomości. Teraz bardziej przypominał emerytowaną śmierć niż czterdziestoletniego kapitana sił zwiadowczych Królewskiej Marynarki Kolvirskiej. Zapadłe czarne oczy, niemal kredowo biała skóra, ciasno opinająca mu czaszkę, ledwo różowawe, wąskie usta i paskudne oparzenie, w miejscu gdzie kiedyś miał prawe ucho. Pamiątka po pożarze trałowca, który rozbił się w porcie podczas jego służby. Po długiej kuracji ból powacał, ale Lokx chciał wrócić do czynnej służby. Skłamał więc na komisji medycznej i dostał z powrotem swój przydział na okręcie radarowym. Aby uśmierzyć ból brał silne farmaceutyki najpierw z morfiną, potem heroiną, a na końcu z dokadaminą, variańskim odpowiednikiem ziemskiej kokainy, tyle że dwukrotnie silniejszym. Wiedział jak ten narkotyk wyniszcza jego ciało, ale już nie umiał z niego zrezygnować. Ból był zbyt silny.
     Spojrzał na pomarańczową fiolkę. Dłoń mu już nie drgała. Xalius był lekiem przeciwbólowym z sporą domieszką dokadaminy, który stosowano w wyjątkowych przypadkach, głównie aby uśmierzyć ból konającym lub w sytuacji kryzysowej gdy trzeba było szybko znieczulić pacjenta. Normalnie dawka którą zażył powaliłaby rosłego varianina w kwiecie wieku, a co tu dopiero mówić o drobnym, wyniszczonym przez leki kapitanie Lokxsie. Mimo to, on czuł się jak nowo narodzony. Wiedział, że za kilka godzin będzie musiał wziąć nową dawkę i ta myśl nie sprawiała mu żadnej przyjemności, ale nie umiał już nad tym zapanować. Nie chciał tylko nawrotu bólu.
     Kolvirczyk ponownie przemył twarz wodą, upewnił się po raz kolejny, że pigułki ma cały czas pod ręką i wyszedł swobodnym krokiem z toalety. Gdy przybył na mostek, jego pierwszy oficer przyjrzał mu się podejrzliwie, ale nic nie powiedział.
- Proszę o raport panie Tolkz - odparł siadając w swym fotelu i zapinając pasy bezpieczeństwa, mimo iż stali w miejscu, a generatory sztucznej grawitacji sprawiały, że na całym okręcie odczuwało się standardowe przyciąganie ziemskie.
- Niczego nie znaleźliśmy. Żadnych dodatkowych oznak ruchu przeciwnika, poza tymi oblegającymi planety F-89, Doqu i Lulmow.
- A nasi?
- Wszystkie nasze jednostki, które monitorowaliśmy, są już na orbicie Danaru, sir.
- Dobrze. Musimy szukać dalej - Francis wziął głębszy wdech i poczuł jak na czoło wstępuje mu zimny pot. - W którym sektorze jesteśmy?
- Sir, może powinien iść pan do doktora Filiana, aby pana zbadał.
- Właśnie od niego wracam, nic mi nie jest - pospiesznie zapewnił dowódca. - To jaki to sektor?
- ER-dziewięć, przelatujemy koło planety Aldewar - zameldował pierwszy, wiedząc że przełożony kłamie. Rozmawiał z Filianem pięć minut temu na mostku.
- W takim razie robimy nawrót do węzła skokowego do Davil i szukamy dalej.
- Tak jest, sir - odparł Tolkz posłusznie - Sternik! Kurs dwa-pięć-jeden, punkt docelowy węzeł skokowy do systemu Davil. Szukać dalej śladów wroga.
- Zrozumiałem i zmieniam kurs na dwa-pięć-jeden. Zwrot na mój sygnał.
     Potężny okręt powoli dokonał nawrotu, na tle błękitnego słońca Soxia-9. Po chwili z sześciu wielkich dysz buchnął jaskrawy, czerwony płomień i statek poszybował w kosmicznej przestrzeni.

SYSTEM SOXIA-9
HORIOŃSKI OKRĘT RADAROWY DALEKIEGO ZASIĘGU KLASY 'KOSOR'
SEKTOR 10, OKOLICE PLANETY XONON
DO GODZINY ZERO POZOSTAŁO 19 GODZIN I 25 MINUT

- Gdzie oni są? - dowódca masywnego okrętu radarowego, ochrzczonego imieniem "Samzo" patrzył ponuro na pusty ekran radaru.
Od kilku godzin przeczesywali Soxię-9 w poszukiwaniu wroga, który wedle wywiadu kontrolował cały system. W rezultacie Niszczyciele oblegali jedynie trzy martwe planety resztę pozostawiając w spokoju. Na domiar złego piętnaście minut temu floty oblegające ów planety weszły w podprzestrzeń i kompletnie zniknęły z oczu radarów, przepadając bez wieści. "Samzo" próbował ich namierzyć na wszelkie sposoby, jednak te starania spełzły na niczym. Flota Niszczycieli przepadła, pozostawiając po sobie jedynie nadającego satelitę, dryfującego po orbicie planety F-89.
- Sir, może po prostu przeskoczyliśmy nad nimi - zaproponował pierwszy oficer.
- Coalio, masz mnie za kretyna? Od niemal czterech godzin skaczemy z miejsca na miejsce tak jak jedenaście innych okrętów w tym systemie. I ja mam uwierzyć, że za każdym razem się z nimi mijamy? A teraz jeszcze tych co mieliśmy na widelcu też szlag trafił.
- W sumie...
- W sumie to jesteśmy w dupie - warknął horiończyk i usiadł w fotelu kapitańskim. - Raport proszę, panie Coalio.
- Tak jest, sir - pierwszy szybko zaczął przebierać w meldunkach i po chwili trzymając w każdej z czterech rąk kartkę, zwrócił się do dowódcy. - Wszyscy meldują to samo, brak śladu aktywności wroga.
- Cała jedenastka?
- Ta, sir... nie chwileczkę - Coalio przestudiował jeszcze raz raporty. - Dwa okręty się nie zgłosiły. "Loco" i variański "Turrino".
- Gdzie raportowały się po raz ostatni? - kapitan poczuł dreszczyk emocji zmieszany z strachem.
- "Loco" godzinę temu, koło planety Vulcan. "Turrino" niecałe pół godziny i był wtedy niedaleko naszej obecnej pozycji.
- A dokładnie?
- Północna strona Xono, niedaleko jej pierwszego księżyca.
- Doskonale. Uruchomić napęd podprzestrzenny i wyjść zaraz za pierwszym księżycem tej planety. Jak już tam będziemy, przeskanować mi każdy pyłek.
- Tak jest, sir. Myśli pan, że coś znajdziemy?
- Oby.

Poprzedni odcinek

Ciąg dalszy - Rozdział 8, part 1

Copyright © 2004-2014, Artur "Vermin" Tojza. Kopiowanie, publikowanie i przetwarzanie bez pisemnej zgody autora, jest surowo zabronione. Grafikę okładki wykonała Aleksandra Martul.