22 maja 2014

HellSpace: Piekło kosmosu - Rozdział 4, part 1

SYSTEM DOVOS
PAS PLANETOID SYB-9
X HORIOŃSKO-TERRAŃSKA FLOTA UDERZENIOWA
OKRĘT FLAGOWY „ARKADIA”

     Wiceadmirał Mat Vinns, niemalże wbiegł na mostek. Jego, zwykle dokładnie uczesane, włosy, były teraz ledwo przyklepane, zaś zazwyczaj nienagannie prezentujący się mundur cały wymięty. Jednak normalnie Vinns sypiał więcej, a ostatnie 48 godzin spędzone na mostku "Arkadii" wypruło go zupełnie z sił. Stracił formę i mógł mieć pretensje tylko do siebie. Posada w generalicji floty za bardzo go rozpieściła. Rzucił marynarkę munduru na swoje krzesło i poprawiając pospiesznie koszulę, skinął na komandora Briana Horsta, piastującego funkcję pierwszego oficera na „Arkadii”. Ten wyrósł przy nim, błyskawicznie zdając raport:
- Dostaliśmy przed chwilą depeszę z Ziemi. Każą nam się zebrać i czekać na wytyczne. Ponoć jakaś jednostka odnalazła i szpieguje wroga.
- I tylko dla tego wyrwałeś mnie z łóżka? – spytał wiceadmirał Vinns, piorunując wzrokiem swego zastępcę. – Nie mogłeś sam się tym zająć i odpisać.
- Nie chodzi tylko o to, sir – dodał pospiesznie pierwszy, po czym podszedł do ekranu podglądu podprzestrzeni. – Proszę spojrzeć.
- Boże Wszechmocny... Ilu ich jest?
- Około dwustu ciężkich jednostek, wychwyciliśmy je jakieś dwie minuty temu, przedtem nic nie było widać.
- Powiedz mi że to piraci – jęknął Vinns, ale sam nie wiedział po co zadaje tak irracjonalne pytanie.
- Obawiam się, że nie – stwierdził Horst. – Nie mamy ich częstotliwości w żadnym z naszych rejestrów. Poruszają się cholernie szybko, za jakieś pięć minut wyjdą z podprzestrzeni.
- Gdzie?
- Tutaj, sir – odpowiedział Horst wskazując na monitorze radaru miejsce w którym stacjonowała ich flota – Czyli konkretniej rzecz ujmując, wylądują na nas. Dosłownie.
- Każ wszystkim jednostką rozproszyć się – padł natychmiastowy rozkaz. Vinns w ciągu ułamka sekundy zmienił się nie do poznania. Już nie przypominał zaspanego człowieka w pomiętym mundurze, teraz był sprawnym dowódcą o chłodnym umyśle. – Ogłosić alarm bojowy dla wszystkich jednostek. Ile mamy eskadr bombowych?
- Siedem, sir. Dwie nasze, reszta horiońskich – padła szybka odpowiedź pierwszego, który już puszczał depeszę do wszystkich okrętów. – Pozostałe znajdują się w Szóstej Brygadzie, kapitan Diany Onil. Przybędą za niecałe piętnaście minut.
- Czyli wlecą prosto w naszych nieproszonych gości. Powiadom ich o sytuacji. Jeśli mogą niech zmienią kurs i wyjdą z podprzestrzeni jak najdalej od nas.
- Tak jest.
- Nawigator!
- Na rozkaz, sir.
- Ustalcie do jakich typów mogą teoretycznie należeć jednostki wroga.
- Już to zrobiłem, sir – odparł rudy marynarz, podając Vinnsowi kartkę papieru. – Sugerując się echem, tego co mi pokazuje radar, stwierdzam że ponad sto jednostek to prawdopodobnie korwety lub fregaty. Ich wielkość raczej nie przekracza rzędu trzystu pięćdziesięciu metrów. Około pięćdziesięciu okrętów ma długość ponad sześciuset metrów, a ich echo jest dość dziwne, więc prawdopodobnie są to pancerniki.
- Mały, zadziwiasz mnie – przyznał otwarcie dowódca, z uśmiechem. – Z każdym dniem coraz bardziej. Mają coś naprawdę dużego?
- Niestety tak, sir – przyznał marynarz z ponurym wyrazem twarzy. – Echa z dwudziestu jednostek brzmią podobnie jak większość naszych krążowników liniowych. Szacuję ich wielkość na półtora do nieco ponad dwóch kilometrów. To są molochy, takie jak nasza „Arkadia” czy horioński „Korsyndiusz”.
- W takim razie nie możemy im dać czasu na przygotowanie się. Ile mamy jednostek w punkcie zbornym?
- Dwadzieścia cztery krążowniki pomocnicze klasy ‘Rocket’, dwanaście ciężkich fregat klasy ‘Piorun’ i cztery pancerniki klasy ‘Neptun’ – rzucił szybko Brian. – Horionie mają trzydzieści osiem lekkich krążowników klasy ‘Nidia’, dziewiętnaście niszczycieli klasy ‘Lordiomus’ i raptem dwa ciężkie pancerniki typu ‘Klov’, które są jednostkami osłonowymi „Korsyndiusza”.
- Czyli w sumie dziewięćdziesiąt siedem jednostek, pomijając okręty flagowe – zasępił się Vinns.
- Z czego dwie trzecie to fregaty – dodał Brian, z gorzkim grymasem na ustach. – Może lepiej się wycofać?
- Zanim zdążymy wejść w podprzestrzeń, ci dranie nas przywitają fanfarami. Ile do spotkania?
- Trzy i pół minuty, sir – rzucił szybko operator radaru podprzestrzeni. – Brygada kapitan Onil, przybędzie za dziewięć i pół minuty.
- Nie mamy wyboru, Brian – odparł cicho dowódca, patrząc przenikliwie w oczy swemu zastępcy. – Przekaż rozkaz na wszystkie jednostki aby były gotowe do wykonania awaryjnego skoku w podprzestrzeń. Postaramy się ich zaskoczyć przy wyjściu, może to wyrówna nasze szanse. Przekaż na Ziemię, że jesteśmy atakowani.
- Sir, wszystkie stanowiska bojowe obsadzone – zameldował za ich pleców jeden z marynarzy. – Flotowa w pełnej gotowości bojowej.
     Lustrowali się tak przez chwilę wzrokiem, po czym pierwszy odwrócił się i podszedł do mikrofonu radiowęzła. Nacisną czerwony guzik i powiedział donośnym, twardym głosem.
- Ogłaszam alarm zbliżeniowy. Przygotować rezerwowe zasilanie napędów podprzestrzennych.
- Wypuść myśliwce – rzucił Vinns, kiedy pierwszy wyłączył radiowęzeł i zagrzmiały syreny.
- Wypuścić wszystkie myśliwce. Strzelać bez rozkazu. Podprzestrzeń?
- Jeszcze minuta – padła błyskawiczna odpowiedź. – pięćdziesiąt sekund... czterdzieści pięć sekund
- Okręty horiońskie są już na stanowiskach, nasze zaraz zakończą manewr – zameldował radiooperator.
- Doskonale – ucieszył się Vinns, siadając w swoim fotelu. – Przywitamy ich bardzo gorąco.
- Dwadzieścia pięć sekund... dwadzieścia sekund...
- Połowa myśliwców już jest w przestrzeni kosmicznej, sir. Reszta dołączy do nich w ciągu półtorej minuty. – zameldował pierwszy.
- Bardzo dobrze. Przekaż wszystkim jednostką, że mają utrzymywać ogień ciągły. Niech rozwalą tych drani zanim całkiem wyjdą z tunelu.
- Tak jest, sir.
- Nawigator. Kiedy się pojawią?
- Za sześć sekund... pięć... cztery... trzy... dwa... jeden...
     Na kosmicznym niebie, usianym przez planetoidy, rozbłysło nagle kilkanaście srebrzystych dysków. Zaraz potem dołączyły do nich następne i kolejne, zlewając się niemal w jedną wielką, jasną gwiazdę. Dyski zaczęły znikać, a w ich miejscach pojawiały się mroczne, błękitno-czarne okręty.
     Anioły śmierci.

SYSTEM DOVOS
„DARK HURRICANE”

     Sygnalizator przy telekomie satelitarnym, znajdującym się na pulpicie od strony pierwszego pilota, zaczął mrugać zielonym światełkiem i wydawać z siebie powtarzający się dźwięk. Trwało to przez dłuższą chwilę, aż w końcu Alan uderzył pięścią w przycisk, odbierając połączenie.
- Czego, do kurwy nędzy!?! – wrzasnął na całe gardło, gorączkowo przeczesując wzrokiem krajobraz za oknami kokpitu i nie odrywając rąk od sterów.
- Ja również się cieszę, że cię słyszę – odparł nostalgicznym tonem admirał Odarion.
- A to ty – burknął pod nosem Alan, dalej całkiem pochłonięty pilotowaniem statku. – Jak coś chcesz, to gadaj szybko, bo jestem zajęty.
- Mam informację o naszym tajemniczym przeciwniku, która może być dla was istotna.
- Co ty nie powiesz? – żachnął się Al, po czym ryknął. – Novix, gdzie się podział ten sukinsyn?
- Nie wiem, nie mogę go znaleźć… JEST NA WPROST!!!!
     Przed nosem „Dark Hurricane” wyrósł niewielki myśliwiec, który wypalił szybką serię pocisków z działek umieszczonych pod kokpitem. Czerwone promienie odbiły się od tarcz energetycznych okrętu, który zanurkował gwałtownie, unikając czołowego zderzenia. Zaraz potem niebo rozświetliły salwy z trzech obrotowych działek jonowych i błękitny myśliwiec eksplodował. Alan powrócił na poprzedni kurs, ruszając ponownie slalomem wśród planetoid.
- Zostało jeszcze osiem, szefie – poinformował go szybko Novix, patrząc posępnie w monitor radaru.
- Wiem, wiem. – mruknął Alan, po czym warknął do mikrofonu radiowęzła. -  Taco, pogoń rockmanów i rozwalcie w końcu tych gnojków.
- A jak ci się wydaje głąbie, co cały czas się staramy zrobić! – zaryczał w głośniku rozsierdzony głos. – Te sukinkoty są cholernie szybkie.
- Alan, co się tam u was, na litość Boską, dzieje? – dopytywał się Odarion.
- Hej, szefie. Nie szarżuj tyle – dobiegł go z radiowęzła głos Ambiego. – Chcesz zarżnąć silnik? Przecież ci mówiłem, że wymaga gruntownego przeglądu, po tej aferze na Astrze-pięć.
- Dajcie mi w spokoju pilotować, do jasnej cholery!!!
- Ostrożnie stary, bo jeszcze ci pikawa stanie.
- Zak, ja jestem jeszcze spokojny.
- Jakoś nie widać.
- Wierz mi, że jestem spokojny – zapewnił go szorstkim tonem dowódca. – Novix, Gdzie oni są?
- Wszystkie siedzą nam na ogonie. Całą ósemka... poprawka siódemka – szybko dodał nawigator, gdy kolejny z myśliwców eksplodował rozbijając się o planetoidę.
- Alan, nawiązałeś kontakt bojowy z wrogiem? – dopytywał się admirał, zirytowany tym, że go się ignoruje.
- Sami zaczęli. – warknął Alan na Odariona. - Zak, widzisz tą dużą planetoidę z wielką wyrwą?
- Tak. Chyba nie chcesz zrobić tego, co myślę, że chcesz zrobić? – spytał przerażonym głosem drugi pilot.
- Jak najbardziej chcę – stwierdził stanowczo Al. – Trzymajcie się panienki, zaraz nami mocno zatrzęsie. Robimy powtórkę z Astry-pięć, tyle że w większym stylu.
- Al, ty debilu, chcesz nas pozabijać? – zaryczał w głośniku głos Taco.
     Jednak Alana już nic nie interesowało. Zapomniał o admirale, który złościł się, że nikt go nie słucha, zapomniał o Taco, miotającym w niego wyzwiskami, o przerażonym głosie Zaka, stwierdzającym iż popełnia zbiorowe morderstwo. „Dark Hurricane” przeleciał ostrym slalomem pomiędzy kosmicznym gruzem, kierując się na gigantycznych rozmiarów planetoidę. Kiedy znajdował się równolegle do niej, zapikował w dół i zniknął w czeluściach krętego, kamiennego tunelu. Dwa myśliwce odbiły w bok, okrążając planetoidę, ale pięć ruszyło w pościg za fregatą. Dogoniły ją niemal bez trudu, kiedy nagle z boków „Dark Hurricane” wyleciały dwie duże, metalowe skrzynie.
     Ku całkowitemu zaskoczeniu przeciwnika, skrzynie pękły i wysypały się z nich małe dyski, które błyskawicznie przylgnęły do myśliwców i ścian tunelu. Nastąpiła potężna eksplozja, zalewając na ułamek sekundy wszystko ogniem i okruchami skał. Srebrny okręt wyleciał z krętego tunelu dosłownie w ostatniej chwili, gdy odłamki już muskały jego dysze silników. Jednak w tym samym momencie na jego drodze wyrósł potężny krążownik, zasypując ich gradem pocisków plazmowych z swoich baterii dział pomocniczych.
     Alan wzniósł się do góry, jednak nim to zrobił Zak w przypływie impulsu odpalił torpedy z obu wyrzutni jednocześnie. Dwie sekundy później nastąpił przeraźliwy błysk i całym okrętem zatrzęsło. Wszyscy na mostku, ledwo utrzymali się w krzesłach i wtedy plazmowy pocisk ugodził w bok „Dark Hurricane” rozrywając mu jedno ze skrzydeł z podwieszonym działkiem plazmowym. Zaraz potem dwa inne pociski trafiły w lewe dysze silnika, zamieniając je w kosmiczny złom.
- Chryste, ale nas łoją – warknął Novix, wstając z podłogi na której wylądował.
- Nie mogłeś mnie ostrzec przed tym krążownikiem?!
- Dopiero co wyszedł z podprzestrzeni. Nie widziałem go – bronił się Novix, wracając na swoje miejsce.
- Jesteś do cholery nawigatorem czy mi się tylko zdaje?
- Ej, panowie spokój. Oni się jeszcze nie poddali – powiedział szybko Zak, wskazując ruchem głowy na boczna szybę kokpitu, za którą rysował się płonący krążownik w otoczeniu kilku myśliwców. – Chyba nie lubią przegrywać.
- Tak samo jak ja – stwierdził ze złością Al, spoglądając na ranny okręt przeciwnika. Czy Zak był tak dobrym strzelcem czy mieli zwyczajne szczęście nie miało to teraz znaczenia. Torpedy rozorały niemal połowę prawej burty krążownika prawdopodobnie dlatego że jedna z nich detonowały się wewnątrz małego hangaru, który obecnie buchał smolistym dymem. Niemal wszystkie prawo burtowe dysze silników były wyłączone, zaś baterie artyleryjskie nad hangarem zostały wykrzywione w dziwny sposób. Nawet jedna z głównych wież rufowych została przekrzywiona i zdawała się nie funkcjonować. Mimo to krążownik nadal był na tyle sprawny aby móc manewrować pośród skał i prowadzić ciągły ostrzał, choć znacznie słabszy.
- Czy ktoś może mi w końcu powiedzieć, jak doszło do tej sytuacji? – zagrzmiał ponownie głos admirała Odarion, o którym wszyscy zapomnieli. – Dziesiąta Flota wiceadmirała Vinnsa również nawiązała walkę z wrogiem i chcę wiedzieć czy przypadkiem to nie wasza sprawka.
- Wiemy o tym i to nie nasza zasługa – rzucił oschle Alan. – Odezwę się, jak już pozbędziemy się tych ćwoków.
- Chwileczkę, jak to „wiecie”?
- Mamy na podsłuchu wasze częstotliwości satelitarne.
- Co takiego !?!
- Pogadamy potem – odparł Al i nie słuchając protestów admirała, rozłączył się. Po czym przełączył telekom na maszynownię. – Ambi co u was?
- Źle i to bardzo. Szlag trafił pierwszy silnik pomocniczy, drugi ledwo się trzyma. Główny ma się lepiej, ale w każdej chwili może dojść do przeciążenia układu chłodniczego.
- Ile mamy paliwa?
- Oba zbiorniki rezerwowe pełne. Z głównych, pierwszy pusty, drugi na oparach, trzeci prawie pełny. Paliwa nam nie zabraknie, ja bym się bardziej martwił chłodzeniem. Jeśli nie przystopujemy to turbiny nie wytrzymają, a wtedy możemy od razu przywitać świętego Piotra.
- Musimy zwiać do podprzestrzeni – zdecydował Zak. – Inaczej nas tu pogrzebią. Ambi, napęd sprawny?
- W stu procentach – padła błyskawiczna odpowiedź z telekomu.
- Na wejście w podprzestrzeń potrzebuję trzystu metrowy wolny odcinek. Widzisz tu coś takiego, w tym burdelu, bo ja nie – warknął Alan.
- Pod tym cholernym krążownikiem jest dużo miejsca – zauważył Zak.
- Zanim tam dolecimy, to zostanie z nas kupka złomu – stwierdził Alan oschle. – Wymyśl coś lepszego.
- Panowie ja radzę się streszczać z tymi pomysłami – dodał Novix, nie odrywając wzroku od radaru podprzestrzeni. – Nasi goście szykują nam poważne powitanie i zaraz nam się tu zwali liczna widownia.
- Liczą na bis? - zaśmiał się smętnie Zak.
- Szefie leć na to puste pole o którym wspomniał 'Budyń' – zagrzmiał głos Linkera w telekomie. – Mam pomysł, jak się ich pozbyć. Tylko zyskaj nam trochę dodatkowego czasu.
- Lin coś ty u diabła wymy...? Lin. Lin!
     Ale strzelca już dawno nie było przy działku. Pobiegł do swego przyjaciela i nie zważając na protesty Kotixa, że chce mieć wszystkich przy wieżyczkach, ściągnął go z posterunku.
- Pamiętasz ten manewr z Oriona, jak zwiewaliśmy przed psami Gamblera?
- Tak. A co?
- Zróbmy to co wtedy, tylko że z większym wykopem. Weźmiemy te miny magnetyczne co nam zostały i odpowiednio podreperujemy.
- Co wy tam dwaj kombinujecie? – spytał Kotix, nieufnym tonem, opuściwszy swoje stanowisko.
- Wracajcie cioty do działek! – ryczał w przenośnym radiu głos Taco. – Co wy myślicie, że jestem jakieś pieprzone perpetum mobile.
- Przyniosę płytę – powiedział Zoltar i pobiegł do swej kajuty.
- A jego gdzie niesie?
- Nie ważne. Utrzymuj z dziewczynami i Taco z dala tych drani jeszcze kilka minut, a kiedy powiem to schowajcie działka i złapcie się czegoś – poradził Linker z łobuzerskim uśmiechem i pobiegł do ładowni.
- Jak to „złapcie się czegoś”? Lin, co wyście znowu wymyślili?! Lin! – Kotix fuknął jakąś obelgę pod nosem i wrócił na swe stanowisko. – Dlaczego nikt nigdy się mnie nie słucha. Co ja jestem...
     Lecz nim skończył seria czerwonych pocisków ugodziła w kadłub koło działka plazmowego, które obsługiwał. Pękła osłona wieżyczki, zaś wstrząs odrzucił mężczyznę do tyłu. Stalowe odłamki oraz nity wystrzeliły w powietrze, Kotix w ostatniej chwili wypadł z kokpitu sterowania wieżą na korytarz, zatrzaskując za sobą stalowe drzwi. Oparł się o ścianę oddychając ciężko. Spojrzał na swoje prawe ramię, w które trafił metalowy odprysk. Rana była niewielka, ale krwawiła obficie. Zawiązał wokół niej jakąś szmatę, zabezpieczył drzwi i ruszył na mostek.
     Tymczasem Zoltar wpadł do ładowni, akurat w chwili gdy jego przyjaciel kończył coś majstrować, przy wielkim, stalowym pojemniku. Spojrzał na niego, z pytającym wzrokiem, a ten pomachał przed nim małym, złotym krążkiem.
- Mego autorstwa – odparł z diabelskim uśmiechem Zoltar. – Rozłoży ich na łopatki.
- Miejmy nadzieję, bo inaczej to nas rozłożą – stwierdził ponuro Linker biorąc płytę i wkładając go do jakiegoś dziwacznego urządzenia własnej konstrukcji, po czym wszystko schował w skrzyni z minami magnetycznymi. – Podaj detonator.
- Chcesz odpalać to ręcznie?
- Nie mam zaufania do pełnej automatyki. Zawsze coś musi nawalić.
- Novix jakoś żyje – zauważył Zoltar, a ironiczny uśmiech zawitał mu na usta.
- On jest chodzącym wyjątkiem. To świr.
- Co racja to racja, jesteśmy jedynymi normalnymi ludźmi na tej łajbie.
- Gotowe. Wrzuć do zsypu i na mój znak wywal – Linker włączył podręczny telekom i połączył się z mostkiem. – Al, jak będziesz trzy tysiące metrów od tego krążownika to mi powiedz, zaraz potem nurkuj w dół i włącz dopalacze. Niech wszyscy się czegoś złapią, bo nas mocno kopnie.
- Trzy tysiące?! Odbiło ci? Przecież go nawet nie draśniesz.
- Rób co mówię i pamiętaj, że masz tylko jedno podejście, inaczej dołączymy do naszych gości.
     Alan zaklął w duchu, ale nic już nie mówił. Unikając cudem silnego ostrzału prowadzonego przez myśliwce, podleciał na wyznaczoną odległość i zgodnie z planem Linkera zapikował ostro w dół kierując się pod uszkodzony krążownik. Zoltar w tym samym momencie otworzył luk zsypu na śmieci i blaszana skrzynka wyleciała prosto przed nosem myśliwców. Te nawet nie zwróciły na nią uwagi, koncentrując się całkowicie na uciekającym celu, który leciał jak oszalały do wyznaczonego miejsca. Linker odczekał kilka sekund i włączył zapalnik, lecz nic się nie stało. Włączył go jeszcze parę razy, jednak nadal nic się nie wydarzyło.
- Wiedziałem, że tej kupie złomu nie można ufać! Pieprzony szmelc, Gambler powinien znaleźć lepszych dostawców – klął rockman zdejmując gorączkowo osłonę detonatora.
- Przecież to nie od niego.
- Od niego. Podwędziłem mu, kiedy byliśmy ostatnio na Astrze-pięć.
- To co się dziwisz. Tam tylko szmelc mają – stwierdził Zoltar.
- Następnym razem wystawię mu rachunek.
- Prędzej on tobie.
- Mniejsza z tym – fuknął Linker zrywając w końcu osłonę i wyjmując dwa druciki. – Stare sposoby nigdy nie zawodzą – i powiedziawszy to złączył oba przewody.
     Nastąpił oślepiający błysk i w miejscu metalowej skrzyni powstała jakby malutka, biała gwiazda, która chwile potem została rozerwana na strzępy. Łuki energii popędziły we wszystkich kierunkach uderzając w pobliskie planetoidy, rozrywając je i wyzwalając kolejne śmiercionośne impulsy. Reakcja łańcuchowa postępowała błyskawicznie, aż dopadła myśliwce przeciwnika i uciekającą przed nimi fregatę. Jednostki Niszczycieli wybuchły niemal jednocześnie, zaś "Dark Hurricane" został otoczony całunem skrzącej na wszystkie strony energii, która jakby się z niego ześlizgnęła i ruszyła dalej po skalnych okruchach w kierunku dymiącego krążownika. Gdy go dopadła, seria eksplozji rozerwała poszarpaną rufę okrętu na miliony kawałków.
- Al, teraz! – krzyknął Linker do telekomu.
Świetlisty dysk tunelu podprzestrzennego otworzył się przed nosem "Dark Hurricane" i fregata zniknęła w jego wnętrzu. Niemal jednocześnie krążownik wybuchł na całej długości kadłuba, a jego szczątki poszybowały we wszystkich kierunkach, mieszając się z kosmicznym gruzem zniszczonych planetoid.

SYSTEM BETA-PEGASUS
PLANETA PEGAS-II
SEKTOR 12-T, MOCZARY

Rivini nie chcąc ryzykować zatopienia pojazdów, wysłał do rozbitego promu, dwa małe, przenośne poduszkowce. W sumie tylko taką ilością dysponował i były to jednostki przeznaczone do badań mokradeł, więc w tej sytuacji sprawdziły się idealnie. Każdy poduszkowiec mógł przewieźć w sumie cztery osoby wraz podręcznym sprzętem. Kiedy wysiedli na trawiastej wysepce, ratownicy od razu pojęli że jednak nie wszyscy rozbitkowie przeżyli kraksę.
Błyskawicznie ich opatrzono, założono opatrunki i szwy. Vili założono na ogonie, w miejscu złamania metalowe szyny. John, nie chciał z początku puścić martwego ciała brata. Ostatecznie Lidiszi namówił go do tego i pozwolił samemu złożyć ciało Nola do czarnego worka. Potężny rudzielec, zdruzgotany po utracie ostatniego członka swej rodziny, siedział teraz w jednym z pojazdów konwoju patrząc tępym wzrokiem w podłogę. Rivini nakazał złożyć plastikowy worek z ciałem kolvirczyka w głównym autobusie pancernym i poszedł porozmawiać z dowódcą promu. Na wiadomość skąd są, wytrzeszczył oczy.
- Mógłby pan powtórzyć?
- Jesteśmy rozbitkami z "Homara" - odparł spokojnie Lidiszi, jakby była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem.
- Pan wybaczy, ale to delikatnie rzecz ujmując, niemożliwe - stwierdził Rivini lustrując wzrokiem swego rozmówcę. - Jakim cudem dotarliście do planety tak szybko?
- Mój prom ma, a raczej miał, niestandardowy napęd konwencjonalny, pozwalający mu na krótki czas osiągać bardzo wysoką prędkość. To taki model testowy własnej roboty.
- Jak widzę okazał się nad wyraz skuteczny.
- Tak. Szkoda tylko, że już go nie wypróbuję - westchnął ciężko variańczyk.
- A być może domyślacie się co się stało z księżycem? - spytał Rivini.
- Poza tym, że jego szczątki zwaliły się nam na głowę?
- No właśnie dziwi mnie to z jaką prędkością gruz księżyca doleciał do planety. Ma pan może jakąś teorię?
- Szczerze? Multum, ale każda dziwniejsza od poprzedniej - przyznał Lidiszi z rezygnacją. - Nie mam bladego pojęcia jakim cudem udało im się rozpędzić szczątki satelity do tak fenomenalnej prędkości. Widzieliśmy tylko jak coś elipsowatego wryło się przez ruiny stacji w głąb księżyca i potem nastąpiła eksplozja.
- Bomba o sile zdolnej niszczyć całe satelity - zdumiał się pułkownik. - Przerażająca broń. Kim oni są?
- Nie wiem, ale dysponują na tyle potężnym arsenałem, że rozerwali nas jak piranie. Potrafili przeszyć księżyc działem strumieniowym na wylot.
- Panie pułkowniku – odezwał się major, który szedł w ich stronę z nieco nietęgą miną, drapiąc się po łuskowatym pysku.
- Tak Ozi?
- Nie mogę się połączyć z naszą bazą, a wedle odczytów radaru z północy idzie burza. Może być niemiło.
- Mocna?
- Wiatr dochodzący w porywach do czterdziestu kilometrów na godzinę, ulewne deszcze, możliwe wyładowania atmosferyczne.
- Czyli niewesoło - podsumował Rivini. - Choć może to ustrojstwo, zgasi do końca ten cholerny pożar, abyśmy mogli się przebić do bazy.
- O ile cokolwiek z niej zostało - dodał pospiesznie Lidiszi.
- Jest pan wybitnym pesymistą, panie Lidiszi.
- Wolę określenie realista.
- Zwał jak zwał. Dobra panowie ładujemy się do wozów i spróbujmy gdzieś się schować i przeczekać tą burzę. Ozi, próbuj dalej połączyć się z bazą, może ci się uda przebić przez te zakłócenia.
- Na rozkaz, sir.
- Panie majorze - zagaił nagle Lidiszi.
- Tak?
- Czy zbadaliście już w pełni ovianina który był z nami?
- Jest sparaliżowany od pasa w dół, ale poza tym nabawił się tylko kilku siniaków.
- Rozumiem. Da się coś zrobić?
- Niestety nie - odparł z smutkiem Ozi. - Ma potrzaskany kręgosłup w odcinku lędźwiowym. W sumie i tak miał fart, ale nie da się tego zoperować. Nawet implant nic nie pomoże.
- Rozumiem - stwierdził cicho variańczyk. - Już wie?
- Nie. Chce pan mu to powiedzieć?
- Chyba tak będzie najuczciwiej.
Trójka variańczyków pomaszerowała w stronę konwoju. Rivini, spojrzał jeszcze raz na płonący w oddali las, a potem na granatowe niebo, które się do nich zbliżało. Pogoda była im jednocześnie wrogiem i przyjacielem. Mimo że zdawał sobie sprawę, że szanse odnalezienia kogokolwiek z pierwszej bazy są znikome, to jednak wierzył, że ktoś przetrwał. I ta myśl utrzymywała go na nogach tego dnia.
Wsiadł do swego Humveri i dał konwojowi sygnał aby ruszył.

Poprzedni odcinek

Ciąg dalszy - Rozdział 4, part 2

Copyright © 2004-2014, Artur "Vermin" Tojza. Kopiowanie, publikowanie i przetwarzanie bez pisemnej zgody autora, jest surowo zabronione. Grafikę okładki wykonała Aleksandra Martul.